Featured

Hello Autumn!

Zjawiła się chyba z dnia na dzień, chociaż dawała o sobie znać w coraz krótszych dniach i chłodniejszym wietrze. Promienie słońca jakby złagodniały, a w koronach drzew nieśmiało zaczęły pojawiać się cieplejsze odcienie. Jesień. Dla jednych to ulubiona pora roku, innych przygnębia. Dla mnie to muza, która pomaga w tworzeniu tekstów i artystka. Musicie przyznać, że pięknie operuje pędzlem, zamiast na płótnie tworzy na liściach. Kolorowa Dama w czerwono-złotej sukni…

Kiedyś nie lubiłam jesieni, bo deszcz, zimno i ogólnie jakoś ponuro. Z biegiem lat dostrzegłam jej piękno i stałam się typową jesieniarą. Kiedy zaczyna się wrzesień i wszyscy wspominają jeszcze lato i wakacje, ja rozglądam się za grubymi pachnącymi świeczkami, nowymi poszewkami na poduszki i kocami. W głowie mam milion odsłon mojego jesiennego salonu. Nie, nie oszalałam, lubię taki przytulny klimat, zrobione własnoręcznie ozdoby do okien, świece i kominki zapachowe. Dlatego i w tym roku, jak tylko temperatura zaczęła spadać poniżej 15 stopni, rzuciłam się do szafy w poszukiwaniu tych mięciutkich ciepłych swetrów. Szaleństwu nie ma końca, mam specjalny koc na jesień. Czym się wyróżnia? Kolorem, tak królują u mnie wszelkiej maści pomarańcze i brązy. Jednak nie o jesiennych aranżacjach mojego mieszkania chcę Wam opowiadać, ani o mojej jesiennej garderobie (chociaż moje ulubione ponczo i bosmanka zasługują na wyróżnienie 😀 ). Opowiem Wam, co tak naprawdę kocham w tym jesiennym klimacie.

Krajobraz – tak, to jedna z tych rzeczy, która nigdy się nie znudzi. Jeszcze ciepłe wrześniowe słońce próbuje przebić się prze korony drzew. Widać już w nich odcienie żółci i pomarańczy, z czasem kolorów będzie przybywać, będzie też ubywać liści. W parkach i lasach pojawią się bujne stubarwne dywany, które jako dziecko z radością rozpraszałam na wszystkie strony. No i jak tu mówić o szarej jesieni? Celowo omijam deszczową aurę? Przejrzeliście mnie 😉 ale to tylko dlatego, że o tym będzie trochę później. Spacer takim kolorowym parkiem jest cudowny, zawsze można liczyć na jakieś skarby. Kilka kasztanów, upchniętych w kieszeni, żołędzie i oczywiście kolorowy bukiet liści.

Kuchnia – moja dietetyk mówi, że jedzenie to przyjemność, to bardzo mądra kobieta i należy jej słuchać 😉 W tym aspekcie również przemycę trochę jesieni, a dokładnie – dynię! Uwielbiam ciasta z dynią, chyba tak samo, jak kawę z syropem dyniowym. Ostatnio natknęłam się na dżem z dyni z dodatkiem kasztanów, moje jesienne serce nie mogło prosić o więcej. Na tym nie kończę, chociaż już wcześniej mogłam jeść cukinię, to jednak krem z niej najbardziej smakuje mi jesienią. Przy okazji jest pyszny i bardzo sycący. A na koniec… herbata, rozgrzewająca i aromatyczną. Z dodatkiem cytryny, imbiru, goździków i miodu. Idealna na długie deszczowe wieczory, razem z książką i miękkim kocem.

Dodatki – w mieszkaniu pojawiają się dynie ozdobne, świeczniki i odświeżacze powietrza z jakimś cudnym zapachem. Na kanapie zagościły puchate poduszki i koc, niby tak niedbale wrzucony. W pomieszczeniu panuje lekki półmrok, światło świecy wesoło odbija się na ścianach. Na stoliku leży książka, a znad kubka herbaty unosiła się gorąca para. I jak przytulnie? Też tak myślę 😉 Na balkonie zagościła ceramiczna dynia – lampion. Wiem halloween, jest coraz częściej krytykowane w naszym kraju, dla mnie to jednak tylko kolorowa ozdoba 😛

Strój – w mojej szafie zagoszczą ciepłe swetry i luźne bluzy, szare ponczo, bosmanka, a do tego botki i kozaki. Żadna pogoda mi nie straszna 😀

Te wszystkie rzeczy składają się na niezwykły nastrój jaki mi towarzyszy. W takich przytulnych okolicznościach, łatwiej mi czytać książki, pisać dla Was i rozmyślać. Wyobraźcie sobie: Wasze ulubione miasto, powoli zapada wieczór, pada deszcz. Spacerując ulicami miasta, skręcacie w małą, brukowaną uliczkę. Po chwili znajdujecie malutką kawiarenkę, deszcz pada coraz mocniej, więc korzystacie ze sposobności i wchodzicie do środka. Pomieszczenie jest nieduże i bardzo przytulne, małe stoliczki obok nich krzesła z przerzuconymi przez oparcie kocami. Z tyłu sali znajduje się nieduży kominek, w którym wesoło skacze ogień. Wybieracie stolik, sami lub w towarzystwie, zamawiacie gorący napój i wpatrujecie się w krople deszczu. Cicho gra muzyka, tzw. kawiarniany jazz. Podoba się Wam? Ja jestem zachwycona, może to taki nostalgiczny obraz, ale marzy się mi taki spacer. Jakoś mam słabość do tego typu sytuacji, mogłabym tam posiedzieć z książką lub coś napisać. Tak po prostu pomyśleć, bo jakoś wtedy lepiej pozbierać myśli. W takich chwilach przychodzą do głowy najlepsze pomysły, rozwiązanie jakiegoś problemu lub odpowiedź na pytanie, które nurtowało od dłuższego czasu. Na wszelki wypadek, zawsze mam przy sobie jakiś notatnik i długopis. Jak wpadnie mi do głowy jakaś myśl, muszę zrobić wszystko żeby mi nie uciekła, wiecie skleroza w tym wieku, to już normalka 😛 Zamienić taki inspirujący wieczór pełny weny, na spotkanie z przyjaciółmi. Jeśli podzielają fascynację jesienią będzie jeszcze lepiej. Długie rozmowy, jak to powiedział Osioł z Shreka, takie o życiu i śmierci. My podarujemy sobie kwestię z jajecznicą. Pomóż koleżankom, które mają dzieci, to jest świetny patent i przykrywka. Zabierasz dzieciaki na super spacer, zbieracie skarby w postaci kasztanów i liści. Nikt nie patrzy już dziwnie, że trzydziestokilkulatka zbiera dary jesieni, trzeba umieć się kamuflować. Po takiej wyprawie każdy jest zadowolony, a na koniec jako dobra ciocia, robisz pyszne kakao i robicie ludziki z kasztanów. To co zostanie proponuję wsypać do wysokiego świecznika i włożyć grubą świeczkę, wygląda to obłędnie 😉

Zamykając temat, pomimo nie za fajnej deszczowej i zimnej aury, jesień ma w sobie coś magicznego i pięknego. Nawet jeśli nie mam możliwości na spędzenie czasu w urokliwej kawiarence. Zawsze można zrobić maraton filmowy Harrego Pottera, zobaczyć Hokus Pokus i już jest odpowiedni nastrój. Sama nostalgia też się czasem przydaje, tak oderwać się na chwilę od tego co jest, zwolnić i pozwolić smętnym myślom na luźny bieg. I wiecie co? W najbliższy deszczowy dzień, usiądę sobie pod kocem z kubkiem gorącej herbaty i będę oglądać album ze zdjęciami. Taki leniwy i przytulny dzień, którego życzę i Wam 😉

Przebudziłam się rano i sięgnęłam po telefon, chciałam sprawdzić wiadomości na grupie z pracy. Jakoś tak z automatu postanowiłam przejrzeć wszystkim znany portal społecznościowy. Od razu rzucił mi się w oczy post kumpla – a więc wojna. Wyskoczyłam z łóżka i pobiegłam włączyć telewizję. Wmurowało mnie w podłogę, to faktycznie się dzieje…

Nie zamierzam mądrzyć się tu jakie sankcje powinny paść na Rosję, ani jak powinny teraz zachować się Państwa Świata. Chcę się podzielić tym co siedzi mi właśnie w głowie, a jest tam teraz spory bałagan. Mogłabym powiedzieć, że się boję, autentycznie boję się, że to przeniesie się do nas. Jednak, to stwierdzenie tak naprawdę niczego nie mówi. O wojnie wiedziałam z opowiadań starszych osób, z książek, czy filmów. Kiedy wojna toczyła się gdzieś na świecie, no właśnie „gdzieś”. Było to dla mnie bardzo odległe, nigdy nie bałam się o bezpieczeństwo moje i mojej rodziny. Dziś jednak bomby, strzały i naloty dzieją się nawet 100 kilometrów od polskiej granicy. To dalej mam do rodzinnego miasta M.

Ja też zaczęłam bombardowanie w swojej głowie. Bombardowałam się setką scenariuszy co może się wydarzyć w kolejnych dniach, chociaż już nie chciałam słuchać, ciągle miałam włączony kanał informacyjny. Nawet w nocy nie dawałam sobię spokoju, bo zasypiamy przy włączonym radiu. Za każdym razem gdy się przebudziłam, słuchałam relacji z tego co dzieje się u naszych sąsiadów. Ukraina została zaatakowana pod osłoną nocy, gdy jej mieszkańcy powinni ze spokojem czerpać pełnymi garściami z regenerującego snu. Zamiast tego zawyły syreny, do ich Kraju, Domu gwałtem wdarł się szaleniec, którym kieruje wizja wielkiego mocarstwa.

Nie mogę sobie nawet wyobrazić co nasi Sąsiedzi teraz muszą przeżywać, skoro ja mogę spać spokojnie, jestem wolna i bezpieczna. A mimo to czuję taki niepokój, jak jeszcze nigdy, niepokój spowodowany tym, jak blisko nas jest ta wojna. Tego już miało nie być, Europa dwa razy musiała podnosić się ze zgliszczy po wojnach. Mało tego? Przez zapędy ludzi u władzy cierpią niewinni ludzie. Łatwiej się walczy z bezbronnymi cywilami, ktoś tu się chyba pomylił. Człowiek nie dorósł do władzy nad Światem. Dlaczego po raz kolejny ma nami władać strach, niepewność, złość i nienawiść? Nie chcemy przecież wiele, tylko spokojnie żyć, bez strachu czy w nocy nie obudzi nikogo alarm lotniczy. Żeby czerwony pasek wiadomości nie informował o kolejnych ofiarach śmiertelnych. O zagrożeniu coraz bliżej naszej granicy. O kolejnym chorym człowieku, który chce wszystkim narzucić swoją wizję świata.

Całym sercem jestem z Ukrainą i mam nadzieję, ciągle wierzę, że ten chory człowiek będzie miał chociaż przebłysk człowieczeństwa i zaprzestanie realizacji swojego planu, że ta wojna się skończy. Isaac Newton powiedział: Ludzie budują za dużo murów, a za mało mostów. Pora zbudować kilka nowych mostów.

The best

Być najlepszą wersją siebie… to stwierdzenie dość często pada w różnego typu tekstach motywacyjnych. Wypieramy z naszej głowy opcję, że możemy być normalni, powiedziałabym przeciętni, ale mam wrażenie, że to może kojarzyć się negatywnie. Czy faktycznie przeciętność jest zła? A może to my zdemonizowaliśmy to stwierdzenie?

Podczas pewnej pogawędki z moim sabatem, Zuza zaproponowała mi nowy temat na felieton. Taki trochę o współczesnych problemach wychowawczych, a trochę o każdej i każdym z nas. Bo każdy chociaż raz w swoi życiu poczuł presję bycia idealnym. A co jedno ma wspólnego z drugim? Mam nadzieję, że za chwilę zrozumiecie. Zuzka opowiadała mi, jak trudno teraz wychować dziecko, żeby było świadome swojej wartości. Problem pojawia się, gdy słyszysz od dziecka „mamo nie mogę tego zrobić/ubrać/powiedzieć bo wszyscy będą się ze mnie śmiali” I jak nauczyć dziecko, że najważniejsze żeby czuło się dobrze same z sobą, że nie musi się nikomu przypodobać. Jeśli nie lubi czegoś robić, niech tego nie robi. Nie musi być jak inni, ma być po prostu sobą. No niby proste, co nie? Po prostu być sobą…

Problem jest w tym, że z każdej strony dzieciaki i nie tylko są bombardowane różnego typu stereotypami, ramami w które uparcie ktoś chce nas wszystkich włożyć. Dam wam przykład, pamiętacie mój tekst o pannie młodej? Tam o tym wspomniałam, oczekuje się od kobiet które wychodzą za mąż, że uznają to za najważniejszy i najszczęśliwszy dzień w ich życiu. Nie odbieram rangi tego wydarzenia, ale jak już wspomniałam, nie mianuję ślubu, jako najważniejszego dnia w życiu. Nie w moim życiu i to jest chyba kluczowe, przecież nie neguję takie podejścia u innych dziewczyn, które od dziecka marzyły o ślubie, białej sukni i welonie. Ja jednak nigdy nie myślałam o ślubie, jako o spełnionym marzeniu. Jednak ten ogół, pewna część społeczeństwa, nie musi być większa, ale na pewno jest dużo głośniejsza od pozostałych. Wrzuca nas do worka z konkretnymi zachowaniami, czy odczuciami, jak próbujesz mimo wszystko działać i żyć po swojemu… wylewa się na ciebie hejt. Swoją drogą modne słowo ostatnio co nie? Wracając do tych dzieci, już na samym początku, w sumie to nawet jeszcze przed ich przyjściem na świat wrzucamy je w pewne ramy. Kupuje się ubranka, w zależności, czy to dziewczynka, czy chłopiec dobieramy kolorystykę. Standard: róż lub niebieski, serio jakaś odmiana daltonizmu? Jest ogromna gama kolorów, a my jak ten przysłowiowy osioł, bez urazu dla osiołków, czepiamy się tylko tych dwóch kolorów. Gdy kupujemy zabawki to dla chłopców zazwyczaj są to samochodziki, a dziewczynki dostają lalki. W sensie, że taka wczesna edukacja pod macierzyństwo? Julka opowiedziała mi odnośnie tego sytuację w której brała udział:

Mnie jeszcze wkurza, jak słyszę, że chłopcy to, a dziewczynki tamto. np. moja ciotka, jakiś czas temu włożyła chłopczyka z lego do samochodzika i powiedziała: chłopcy prowadzą, bo są lepszymi kierowcami. Od razu Piotrusiowi powiedziałam, że dziewczynki też mogą być dobrymi kierowcami… wiadomo nic to może nie dało, jest jeszcze za mały żeby to zrozumieć.Strasznie mnie to jednak wkurzyło.

Na całe szczęście moi rodzice pozwolili mi na odnalezienie w sobie tego co mnie ciekawi i bawi. Bez sugerowania mi w jakim kierunku powinnam iść, nie wkładali mnie w ramy słodkiej małej księżniczki. Dzięki im za to, byłabym beznadziejną księżniczką 😉 czy nie miałam lalek? Oczywiście, że miałam i bawiłam się, że są w wojsku. Miałam za to kolekcję piłek: do nogi, kosza, czy siatki. Miałam odział wojska, kilka pistoletów na kulki, zestaw małego budowlańca. Nie ubierano mnie na różowo i jak opowiadałam tacie, że wkurza mnie kolejna księżniczka, która czeka aż jakiś księże uratuje ją z wieży. Zawsze mi powtarzał, że nie muszę być jak one, że zamiast polegać i czekać na pomoc jakiegoś chłopaka. Mam sama zawalczyć o siebie, umieć prosić o pomoc, ale nie być zależną od innych. Iść z podniesioną głową i być dumną z tego kim jestem. I starałam się całe swoje życie podążać za tą radą. I tak z dziecka stajesz się nastolatką i zabawa zaczyna się od nowa. Nowe stereotypy, nowe ramy, a Ty za wszelką cenę starasz się pozostać sobą. Z wiekiem dochodzą nowe presje. Być dobrą uczennicą, dbać o swój wygląd, ale nieprzesadnie. Niby motywacyjne stwierdzenie, że ocena zawsze mogła być wyższa. Niby, bo to tylko uświadamia tej osobie, że nadal nie jest wystarczająco dobra, żeby ktoś ją docenił. To nie motywuje, wręcz przeciwnie, podkopuje zachwianą samoocenę. Czy faktycznie dziecko musi być wzorowym uczniem, z wieloma zainteresowaniami i dodatkowymi zajęciami ciągnącymi się do wieczora? Już słyszę tych ambitnych rodziców powtarzających, że dzięki temu dziecko w przyszłości zdobędzie świetną pracę. Z każdego przedmiotu przynosić do domu piątki i oczywiście przy tej ilości zajęć być jeszcze towarzyską i zawsze uśmiechniętą. Myślicie, że to do spełnienia bez ponoszenia jakichkolwiek konsekwencji? A może by tak im odpuścić bycia idealnym we wszystkim? Może i nie są orłami w matmie, czy chemii. Za to na polskim i historii nie mają sobie równych. Niemiecki nie jest ich mocną stroną, za to świetnie się czują z angielskim i geografią, bo przecież ich marzeniem jest podróżowanie. Czy nie lepiej wspierać te młode osoby żeby rozwijały się w tym co sprawia im radość? Zachęcam żeby przeczytać sobie bajkę o szkole dla zwierząt 😉

http://www.bialorushajnowka.pl/38-pedagog-dla-nauczycieli/133-szkola-lesnych-zwierzat-dunska-bajka-nie-tylko-dla-nauczycieli tu macie ściągę.

I tak w głowie tej dorastającej osoby zakorzenia się myśl, że nie jest ważne jak bardzo się staram i ile serca w coś wkładam. Jeśli nie zrobię tego idealnie, jeśli wszystkiego co robię, nie wykonam idealnie, nikt tego nie zauważy nikt nie doceni. Skora wszystkim zawsze jest mało, skoro to co robię jest złe, to po co się starać i tak nie spodziewają się po mnie niczego dobrego. Przychodzi czas na młodych dorosłych, którzy mając z tyłu głowy wspomnienie, jak dotychczas wszystko wyglądało w lekkiej obawie oczekują co teraz od nas będą wszyscy oczekiwać.

Pamiętam jak na imprezach rodzinnych zawsze można się było spodziewać od jakieś ciotki gradu pytań. Czy już mam chłopaka, jak z pracą? Nie miałam chłopaka, to najwidoczniej coś źle robiłam. Sypał się wtedy grad dobrych rad, których nie chciałam, nie czułam się też w obowiązku tłumaczyć się ze swojego życia. Póki czułam się dobrze sama ze sobą uważałam i nadal uważam, że wszystko jest dobrze. Nie jest to jednak proste, przecież ciągle czegoś się od nas oczekuje. Skoro biorę ślub, dostaję wytyczne jaką żoną powinnam być. Wyrozumiała, opiekuńcza, zachowywać się tak żeby nie przynieść mężowi wstydu, najlepiej pozbyć się znajomych przeciwnej płci. Brzmi jak jakieś średniowieczne kanony, ale wierzcie mi, niektórzy nadal wyznają takie podejście. Powinnam być perfekcyjną panią domu. Nie, nie jestem, czasem odpuszczam sobie sprzątanie, jeden czy dwa dni bałaganu nie zaburzą losów świata. Z czasem być super mamą, mieć na wszystko czas, być idealną kochanką. A panowie, myślicie że ich to ominie? Nie, facet powinien być twardy, mocno stąpać po ziemi. Musi umieć utrzymać rodzinę, a ja głupia myślałam, że wspólne życie opiera się na wzajemnej pomocy i nie ważne które z nas więcej zarabia, oj ja głuptasek 😉 Co powiemy jeszcze o naszych miłych panach? Powinni wykazać się tężyzną fizyczną i muszą mieć charyzmę i twardy charakter. Jak to mówią do małych chłopców? Nie bądź beksą/ chłopcy nie płaczą/nie bądź baba. Jak facet, to musi się znać na samochodach, taki stereotyp również się utarł. To mogę zaraz obalić, pracowałam przez parę lat w serwisie samochodowym, daję słowo płeć nie jest wyznacznikiem wiedzy motoryzacyjnej. Mężczyźni znają się na sporcie, muszą być fanami piłki nożnej i oglądać z zamiłowaniem każdy mecz. Hmmm mam jednak dziwny związek, bo mój M. nie interesuje się piłką nożną, nie ogląda meczy. Rolę kibica w naszym domu przejęłam ja, to właśnie ja ekscytuję się oglądając mecze piłki nożnej i siatkówki. Czy to coś zmienia, czy M. jest mniej męski? W żaden sposób, idealnie ( to jedyny raz kiedy użyję tu tego słowa pozytywnie) się uzupełniamy, w dodatku mamy wspólne „męskie ” zainteresowanie, czyli motoryzację. I z tego też powodu toczą się w naszym domu długie i zawzięte dyskusje, bo przecież obydwoje mamy swój pogląd który samochód lepiej się sprawuje, ale to temat na inny wpis 😉

Podobno mamy XXI wiek, dlaczego nadal stygmatyzujemy niektóre grupy, dlaczego uparcie wkładamy ludzi w sztywne ramy, nie pozwalając rozwijać się w kierunkach, które im odpowiadają. Dlaczego tak bardzo zależy nam na akceptacji innych, staramy się tak bardzo, że jesteśmy gotowi zatracić samych siebie, stać się kimś zupełnie innym? Tylko po co, czy gra jest warta świeczki? Trzeba mieć zawsze z tyłu głowy, że te naciąganie się żeby osiągnąć to czego od nas wymagają. Niesie za sobą konsekwencje, wyczerpuje nas psychicznie i fizycznie. Trochę zrozumienia dla nas samych, możemy być czasem normalni, przeciętni. Po prostu takimi, jakimi jesteśmy, ideały nie istnieją, wiec nie musisz być w każdej dziedzinie idealną.

+

Christmas time

Cytując piosenkę, zaczyna się najcudowniejszy czas w roku. A ja mam dla Was parę ciepłych słów😉

Za oknem zima, płatki śniegu tańczą na wietrze, a mróz tworzy na szybach piękne obrazy. Jadąc ulicami miasta mijam przystrojone domy, rozświetlone okna. Jest bajecznie, w domu wita mnie choinka z kolorowymi lampkami i wszędzie unosi się cudowny zapach korzennych przypraw. To znak, że Święta są już za rogiem. Moi kochani, życzę Wam radosnych, kolorowych Świąt. Spędzonych w gronie osób wśród których jesteście szczęśliwi.

Warto w tym czasie dopuścić do głosu nasz wewnętrzne dziecko. Niech poniesie nas radość na widok tych wszystkich pięknych ozdób, kolorowych lampek na każdym kroku. Mój wewnętrzny dzieciak przede wszystkim nie może się doczekać jedzonka. Bo to przecież specjały, które jem tylko raz w roku. Mhmmmm pierniczki ❤ A na co wy najbardziej czekacie?

Życzę wam cudownych prezentów. Takich od serca, wyjątkowych. Wiadomo, że na takie prezenty nie trzeba wydać ani złotówki. Wystarczy uruchomić wyobraźnię i podarować komuś coś co sprawi, że uśmiech nie będzie schodził z twarzy. Osobiście największą frajdę sprawia mi pakowanie prezentów. Kolorowy sznurek, jakaś świąteczna klamerka lub inny dodatek, który sprawia, że nasza prezent już jest niezwykły.

Na koniec życzę wam spokoju, chwil wytchnienia od pracy, codzienności. Od wszystkiego co wywołuje w nas stres, czy złość. Spędźcie cały dzień w piżamach na graniu w planszówki, wygłupach i słodkim nic nie robieniu. A może pogoda pozwoli na szaleństwo na śniegu. Wojna na śnieżki, konkurs na najpiękniejszego aniołka na śniegu. Na te parę dni zapomnijcie o obowiązkach zawodowych, telefonach z pracy. O ludziach, którzy na co dzień uprzykrzają nam dni. Na tych kilka dni, to wszystko niech przestanie istnieć, a na pierwszym miejscu pojawi się rodzina, przyjaciele i czas wspólnie spędzony. I niech to trwa i po Świętach. Żeby praca nie była całym naszym życiem, żeby starać się nie przejmować ludźmi, którzy na to nie zasługują. Życzę nam wszystkim żebyśmy po prostu byli szczęśliwi. Wesołych Świąt!

Toksyna

W pokoju zrobiło się duszno, ciężko było mi złapać oddech. Nogi zrobiły się ciężkie, jak kamienie, a głos zamarł w gardle. Czułam, że powinnam uciekać, każda komórka mojego ciała aż wyrywała się do ucieczki. Ja jednak trwałam tam, jakbym zmieniła się w kamienny posąg. Wiedziałam, że powinnam trzymać się od niego z daleka, obcowanie z nim to proszenie się o kłopoty. A jednak nie mogłam wyjść, coś mnie przyciągało w jego stronę, jakby grawitacja znalazła nowe centrum. Chłonęłam każde jego słowo i gest, wiedząc, że ta cała zabawa zakończy się dla mnie tragicznie. Pozbawi mnie wszystkiego co we mnie najlepsze. Nawet dziecko wie, że nie igra się z wampirem…

Nie, nie zamierzam robić konkurencji dla sagi Zmierzch, jednak osoby o których chcę opowiedzieć są równie straszne co wampiry, wąpierze, czy inne upiry. Wampiry energetyczne, toksyny, nazw jest bez liku, wszystkie jednak znaczą to samo. Osoby w których towarzystwie tracimy pewność siebie, radość. W zamian wzrasta poczucie winy, samobiczowanie, negatywne nastawienie wobec nas samych i samoocena leci na łeb, na szyję. Możemy ich spotkać wszędzie: w pracy, w rodzinie i w związkach. Żeby polepszyć sobie samopoczucie, jak jakiś pasożyt, toksyny żerują na naszym strachu,czy bólu. Jak się tak nad tym zastanowię, to mam wrażenie, że oni już się tacy rodzą. Pamiętam, jak byłam w podstawówce, była w mojej klasie taka dziewczyna, która po każdym sprawdzianie, podchodziła do innych dzieciaków i pytała: a co odpowiedziałaś/-eś na pytanie…? Kiedy uzyskała odpowiedź, zawsze mówiła to samo: to masz źle, bo miało być…, kiedy po chwili rozmowy wychodziło, że wszystkie odpowiedzi jej zdaniem były błędne, w oczach takiego dzieciaka pojawiała się panika. A na twarzy mojej „koleżanki” malował się szeroki uśmiech. Za każdym razem gdy udało się jej kogoś doprowadzić do takiego stanu, celebrowała swój triumf. Oczywiście, nie miało znaczenia, czy wpisało się poprawną odpowiedź, czy nie. Ona zawsze wmawiała, że odpowiedź jest błędna. Oczywiście nie podchodziła do kogoś, kto zawsze był obkuty, tylko do uczniów z słabą samooceną. Takimi łatwiej manipulować. Mały wampir. Macie już zarys takiej osoby, a może nawet już wiecie, czy ktoś taki jest w waszym otoczeniu? Na szczęści szkoła kiedyś się kończy, ale te podkopy pod naszą samooceną już się zaczęły i może minąć bardzo dużo czasu nim znów będzie mocna i stabilna. O ile w ogóle będzie.

A co jeśli toksyna pracuje z nami? Wyobraźcie sobie wcześniej wspomnianą małą dziewczynkę z lat szkolnych w podrasowanej wersji. Czyli kobietę, wyrachowaną i wredną. Co jeszcze charakteryzuje takie wampiry? Właśnie to przyciąganie, potrafią roztoczyć wokół siebie taką aurę, że same lecimy do nich, jak ćma do lampy. Z początku nic nie zwiastuje kłopotów, mamy nową osobę w pracy albo to my jesteśmy nowi. Nie będę ciągle pisać ta osoba więc nazwę ją Tosia. Tosia jest przemiła, pokazuje nam co gdzie się znajduje, wprowadza w zawiłości programu na którym mamy pracować. Uprzedza jakie jest szefostwo, kierownictwo i jakie panują zasady. No złoty człowiek co nie? Podpowiada na kogo uważać w pracy, zapomina tylko wspomnieć o sobie. Myślisz sobie,super, nowa fajna praca, miła koleżanka. To będzie udany rozdział w moim życiu. I na początku tak właśnie jest, Tosia pomaga nam, zawsze możemy na nią liczyć. Staje się najbliższą nam osobą w pracy, powoli zwierzamy się z jakiś kłopotów w pracy, idziemy o krok dalej i zaczynamy mówić o życiu prywatnym. A ona to wszystko zapamiętuje, każdą informację, którą będzie mogła później wykorzystać. Jesteśmy, jak biedne małe zwierzątko na pustyni, które nie ma świadomości, że w tym piasku po którym sobie spokojnie wędruje, jest zakopana żmija pustynna. Na Animal Planet, kiedyś oglądałam program o tych skubańcach, zagrzebują się w piasku, a dzięki swojemu wyglądowi, nie ma opcji żeby je wypatrzeć. W odpowiednim momencie atakują niczego nieświadomą ofiarę. I nasza Tosia działa w identyczny sposób, idealnie się kamufluje, a my totalnie tracimy czujność.

I tak z czasem nasza koleżanka staje się naszą największą powierniczką, drogowskazem i chociaż jeszcze tego nie wiemy, sennym koszmarem. Nagle o naszych potknięciach dowiadują się przełożeni i drobny problem, bo przecież tak nam mówiła Tosia, rośnie do rangi apokalipsy. Dowiadujemy się, że to wszystko nasza wina, oczywiście znajduje się ktoś, kto wie jak rozwikłać problem. Wiadomo o kim mowa. A my? Wychodzimy na totalną idiotkę, która nie radzi sobie z najprostszymi tematami. Później jest tłumaczenie, że przecież nie mogła się za nami wstawić, wiadomo jakie jest kierownictwo. Wyszłoby to jeszcze gorzej. Taa, jasne. Tłumaczeń jest mnóstwo, a my je łykamy, jak mały pelikan. To taki dar, z taką łatwością nasz wampir potrafi wpływać na ludzi i przerabiać ich, żeby robili to co on chce. Tego typu sytuacje się powtarzają, nasza pewność siebie leży zakopana trzy metry pod ziemią. Chcąc się wygadać znów kierujemy swe kroki do…, oczywiście, że do Tosi. A ona karmi się naszym zamykaniem na innych, pesymizmem i niską samooceną. Przecież kiedy ludzie są w takim stanie, ona błyszczy, a przy nas ten blask wydaje się jeszcze jaśniejszy. Z każdym dniem czujemy się coraz gorzej, jakby ktoś dosłownie wysysał z nas energię życiową. Niektórzy kompletnie nie radzą sobie z takimi osobami, sytuacjami i uczuciami, jakie odczuwamy w takich chwilach. I tak okazuje się, że cierpimy na nerwicę, czy dochodzi do jakiś załamań. W wielu przypadkach nie obejdzie się bez pomocy psychoterapeuty, a czasem psychiatry i leków. Dobrze jeśli mamy w sobie na tyle siły, że próbujemy opuścić toksyczne środowisko. Często podejmujemy decyzję o zmianie miejsca pracy, ale to nie jest tak, że wtedy z dnia na dzień wszystko wraca do równowagi w naszym życiu. Jest to jednak dobry początek. Zostawiamy te toksyny daleko za sobą, odcinamy się od tego. To jest wyjście, podpisując umowę o pracę, nie podpisujemy cyrografu na całe życie. Zawsze możemy ją zmienić. Co jednak jeśli toksyna, która nas dręczy to nasz partner/partnerka

Na początku wszystko jest normalnie, super uczucie, motyle w brzuchu itd. Poznajemy nowego super ktosia. Spędzamy z sobą każdą wolną chwilę, znajomi go uwielbiają, rodzina również. Idylla przedłuża się, zamieszkujecie razem, może nawet dochodzi do ślubu. I bum… nagle coś się zaczyna dziać dziwnego. Drobne przytyki, uszczypliwości, żarcik rzucony mimochodem przy znajomych. Dobrze się zrozummy, to nie są niewinne docinki, tylko takie które z założenia mają nas zaboleć. Nie no serio nie wiesz co to jest? Gdzie ty się uchowałaś, każdy to wie. Lepiej się nie odzywaj, jak tylko otworzysz usta ginie twój urok. No już nie rób takiej miny, przecież to żart.

Raz, jasne spoko można się pośmiać i potraktować to w kategorii nie trafionego żartu, ale kiedy zaczyna się to powtarzać powinna się nam zapalić, jakaś lampka ostrzegawcza. Tak się nie dzieje. A dlaczego? A bo nasz osobisty wampir energetyczny ma zawsze świetne wytłumaczenie dla swojego zachowania.Kiedy zwrócisz mu uwagę, to to zaczyna się kajać.

wiem, że przesadziłem, czasem nie pomyślę zanim coś powiem. Jednak pamiętaj, że jesteś dla mnie najważniejsza, zawsze na pierwszym miejscu. Przecież umyślnie nigdy bym cię nie skrzywdził.

I co robisz? W większości przypadków przyjmujesz tłumaczenie. Znam to aż za dobrze, bo często sama kupowałam takie śliskie tłumaczenia. Każde nasz potknięcie, niepowodzenie jest wywlekane przy każdej możliwości. To tak, jakby co jakiś czas ktoś przynosił do twojego wysprzątanego salonu, kosz pełen śmierdzących śmieci i rozrzucał jego zawartość po pokoju. Na koniec z uśmiechem na twarzy kazał posprzątać cały ten bajzel. Ten bajzel po każdej takiej okropnej sytuacji, pojawia się w naszej głowie. Nasza samoocena lżey na deskach. Przy kolejnych próbach zwrócenia uwagi, że jego zachowanie jest nie takie jak powinno. Włącza się atak, bo to wszystko przecież nasza wina,bo prowokujemy. Albo lepiej, to jeden z moich ulubionych tekstów, że w ten sposób chce nas zmobilizować do rozwoju. No jasne, nic mnie tak nie motywuje, jak wieczne słuchanie, jaka to jestem beznadziejna. Od razu dostaję poweru do dalszego samorozwoju. Taka mądra jestem teraz, bo jak słuchamy takiej toksyny, raz, czy drugi, to nie włącza się nam instynkt obronny, tylko poczucie winy. Jedno ukąszenie wampira energetycznego rozprowadza w naszym ciele truciznę, która zalewa nasz organizm. Zakorzenia w głowie i sercu, nagle zaczynamy widzieć w sobie najgorszego człowieka na ziemi. Nie dość, że głupia, z niczym sobie nie radzi, to jeszcze nie doceniamy starań tej super osoby, która chce nam pomóc. No po prostu jesteśmy beznadziejni. I to czerwone światło, które zapala się w razie niebezpieczeństwa, teraz szaleje nad naszą głową. My jednak nie dostrzegamy go, ale podejmujemy jeszcze czasem próby uzdrowienia sytuacji. Bo wiemy, że coś jest nie do końca tak jak powinno, raczej nie powinno się czuć w udanym związku, jakby ktoś nas przeżuł i wypluł. Pojawiają się wtedy ponownie wymówki, czasem toksyna trochę się uspokoi i zacznie tłumacz się ciężkim dzieciństwem. Niezrozumieniem u ojca, albo co tam jeszcze wymyśli. Nie wiem uprowadziła go banda łysego, jak był mały i straszyła grzebieniem? Zazwyczaj nic z tych rzeczy nie jest prawdą, za to jest świetną wymówką, a w nas wzbudza współczucie i poczucie winy. Przecież on miał tak źle w życiu, każdemu czasem puszczają nerwy, a ja zamiast wykazać się zrozumieniem, to doszukuję się jakieś intrygi. I znowu wybielamy naszą toksynę, a on dostaje pożywki w postaci naszych wyrzutów sumienia. Im bardziej się nie akceptujemy, im więcej mamy kompleksów, tym toksyna ma szersze pole manewru. Jeśli chodzi o wygląd to również zaczyna się to od drobnych, rzuconych mimochodem „dobrych rad”, a kończą się na ciosach z solidnej armaty. Byłam kiedyś świadkiem, jak facet na jakieś imprezie, zabrał kawałek mięsa z talerza swojej dziewczyny, kwitując krótkim – tego nie jedz, będziesz zdrowsza, a w dodatku później w nic się nie mieścisz. Nie wiem, czy to był typowy wampir, ale po minie jego dziewczyny widać było, że zrobiło się jej mega przykro i niezręcznie. Typ nie ściszył głosu, czy coś w ten deseń, więc wszyscy to słyszeli. Pojawiło się parę mimowolnych uśmieszków. Szczerze? Nie chciałabym się znaleźć na jej miejscu. A jeśli chodzi o taki większy kaliber. Moja kumpela była kiedyś w związku z totalną toksyną, dużo ją to kosztowało i koniec końców skończyło się u terapeuty. Gość notorycznie docinał jej z powodu wyglądu. Od razu ubiegnę niektóre kąśliwe uwagi, nie jest chudzielcem i nie ma nadwagi. To śliczna, normalna dziewczyna. Podczas jednego spaceru, zwróciła swojemu wampirowi delikatnie uwagę, że ciągle ogląda się za dziewczynami, które mijają i że trochę głupio się przez to czuje. Wiecie co odpowiedział? Gdybyś inaczej wyglądała, nie musiałbym oglądać się za innymi! Serio gościu?!Jak sobie to przypomnę, to aż się we mnie gotuje. Na szczęście udało się jej uwolnić od tego typa. Teraz jest w zdrowym związku, jednak droga do ponownego polubienia i docenienia siebie, była długa i ciężka. Oczywiście to nie jest tak, że w związkach toksyny to tylko faceci, my tez mamy swoje za uszami. Tak samo potrafimy być toksynami, czasem gorszymi niż te w męskim wydaniu.

Podobnie jak z toksyną w pracy, tak i w związku. Te najgorsze przypadki kończą się często załamaniem, jakąś nerwicą i długofalową pracą nad odbudową swojej samooceny. Często nie obejdzie się bez pomocy specjalisty. Nie można bać się, czy wstydzić z tego powodu. Pamiętajcie, że robimy to dla siebie, a jeśli macie dzieci, to też dla nich. Przecież dzieciaki uczą się od nas, a jeśli widzą, że nie akceptujemy siebie, widzimy tylko swoje wady i nie doceniamy naszych osiągnięć. Pozwalamy żeby ktoś nas poniżał i obrażał. To ich samoocena też będzie krucha, bo nie nauczą się walczyć o siebie. Może to pomoże znaleźć ten bodziec do walki z toksyną, która krąży w nas po takim spotkaniu z wampirem energetycznym. Jeśli zaczynasz czuć, że czyjeś zachowanie, czy słowa wobec ciebie, są nieodpowiednie, że źle się przez to czujesz. Posłuchaj tego przeczucia, możesz uniknąć sporej dawki stresu i kłopotów. Masz prawo zerwać taką znajomość, jeśli ktoś zaczyna cię szantażować emocjonalnie (np. że coś sobie zrobi, jak go zostawisz) powiedz o tym komuś, rodzinie, przyjaciołom, rodzinie tej osoby. Kiedy na jaw wychodzą takie sztuczki, bywa że toksyna odpuszcza, może bać się konfrontacji z innymi, nie chce popsuć tego, jak jest postrzegana w otoczeniu. Masz prawo się bronić i prosić o pomoc, to nic złego, żadna ujma. Zawsze walcz o siebie. Nie dajmy się tym krwiopijcom 😉

(Nie)winna

Macie tak czasem, że winicie siebie za rzeczy na które w rzeczywistości nie macie wpływu? Bo ja często i jeszcze wkurzam się kiedy ktoś próbuje pokazać mi irracjonalność mojego zachowania. Bywa, że mamy jakiś słabszy okres w swoim życiu, albo trafiliśmy w jakieś toksyczne środowisko, które tak nam zamąciło w głowie, że za to wszystko co się dzieje w koło wskazujemy jednego winnego. Siebie. A może by tak po prostu odpuścić?

Nie będzie tu rad z psychologicznej kozetki, bo nie jestem psychologiem i nigdy nie chciałam być. Wystarczy mi, że za jednego psychologa planuję wyjść, lubię jednak czasem zrobić sobie małą rozkminę nad jakimś tematem. A jeśli chodzi o szukanie winny w sobie i zadręczanie się problemami całego świata, to mogę śmiało się wypowiedzieć. Jak to mówią, znam to z autopsji 😉 czy nauczyłam się wprowadzać w życie hasło odpuść sobie? Proszę Was jasne, że nie, ale ciągle się uczę. Z mniejszym, bądź większym skutkiem, ale zawsze. Zaczynamy.

Pamiętacie jak wspomniałam z moim ulubionym sabatem czarownic, że od lat ktoś narzuca nam jaka jest rola kobiet w społeczeństwie? Mimo, że walczymy z tym i zrobiłyśmy już duży progres, to czasem, przynajmniej jeśli chodzi o mnie, włącza się opcja – perfekcyjna pani domu. W moim przypadku nie chodzi tylko o idealnie wysprzątane mieszkanie, czy obiad niczym w restauracji z gwiazdką Michelin. Chociaż takie pomysły, też przeszły mi przez głowę, ale głównie chodzi o nawet najmniejszą pierdołkę jaką robię. Wszystko musi być takie , jak wymyśliłam sobie w głowie, a jak wiadomo w głowie to wszystko sobie wyidealizowałam, ten typ tak ma. Kiedy to się nie do końca udaje zaczyna się samobiczowanie, w przenośni oczywiście, aż tak bardzo mi nie odbiło ;p

Świetnym polem do rozwinięcia w sobie poczucia winy, są dla mnie przygotowania do ślubu, tak jak już kiedyś pisałam nie jaram się tym wszystkim. Jednak, jak już coś robię, to niech to ma ręce i nogi. I w tym całym misternym planie przeżycia jakoś imprezy weselnej, jest jeden punkt, który mnie przeraża. Jest to pierwszy taniec, albo w ogóle taniec. Przyznaję się, mam dwie lewe nogi lub jak to mówi M. jestem drewnem. Ćwiczymy sobie wieczorami w domu, wiecie żebym nabrała pewności siebie i takie tam. Zapamiętać kroki których uczy mnie M.? Banał. W głowie jest wszystko proste, jednak gdy zaczynamy tańczyć i coś mi się pomyli… No tragedia, stanę jak wryta i uwaga, zaczynam przepraszać, że się pomyliłam, że przeze mnie nigdy się tego nie nauczymy itp. M. w takiej sytuacji mówi zawsze dwa słowa: wyluzuj i odpuść. Wyluzuj, bo ma to być zabawa i odpuść, bo nie musisz robić wszystkiego idealnie. Wydaje się to takie proste co nie? Skoro nie wiem, że w czymś nie jestem specem, to mam prawo do błędu, w sumie nawet jakbym była to też mam takie prawo. Każdy ma prawo czasem się pomylić, jesteśmy ludźmi, a nie cyborgami. Jednak mój pokręcony umysł widzi to inaczej, skoro czegoś nie umiem, to jestem winna tego, że nauka się przedłuża, że stoimy z tym jednym punktem w miejscu itd. A wiecie co jest najlepsze? Te myśli nie przychodzą tak od razu, skubane czekają, jak się położę do łóżka i ja skończony łosiek zamiast zasnąć, to kminie co zrobiłam źle i dlaczego nie mogę zastosować się do rad M. Widzicie to? Obwiniam się za to, że czuję się winna, litości gdybym stała obok siebie, przywaliłabym sobie poduszką. Więc mamy pierwszy punkt wiecznego obwiniania się, w tym przypadku za bycie niedoskonałą, chociaż dobrze wiemy, że nie ma ludzi doskonałych.

Często rzeczą za jaką się winimy i za nic nie chcemy sobie odpuścić jest nasz wygląd. I znowu posłużę się sobą, żeby przybliżyć o co dokładnie chodzi 😀 Mam taką psiapsiółkę, nazywa się insulinooporność i lubi robić mi nietrafione prezenty w postaci dodatkowych kilogramów. Powiedziałabym, że od dwóch lat mam dietę, ale w rzeczywistości musiałam się nauczyć żyć według całkowicie nowe stylu. Walka z tymi nadprogramowymi kilogramami nie należy do łatwych i przyjemnych, wręcz przeciwnie to długa i ciężka praca, która nie zawsze przynosi efekty. Staram się jednak, jak mogę, ćwiczę, próbuję ograniczyć stres (jak znajdzie się geniusz, który wynajdzie metodę na ograniczenie stresu, powinien dostać Nobla), a efektów prawie nie widać. I takim sposobem znowu chodzę zła na siebie, bo skoro mi to nie wychodzi, to z całą pewności, coś robię źle. Przy okazji dobijają mnie jeszcze toksyny, ale nie te w organizmie, chodzi mi o toksyczne osoby. Będzie o takich typach ludzi osobny wpis obiecuję 😉 jednak poczucie winy wzrasta, gdy ciocie dobre rady w swojej uszczypliwości, nie mając pojęcia jak wygląda życie z tą chorobą. Rzucają hasełka w stylu: zrobiłabyś coś wreszcie z sobą, a może spacerkiem do pracy? Przyda Ci się to itp. Wzrasta wtedy chęć mordu takiej osoby, ale ostatecznie, to jedyne co w nas się rodzi to poczucie winy za nieudane próby powrotu do zdrowia i dawnego wyglądu i poczucie, że ciągle coś robi się źle. A jak już wiemy najlepiej byłoby sobie odpuścić. Żyć w tym nowym stylu, bez spiny i ciągłego sprawdzania wagi, ćwiczyć w taki sposób żeby mieć w tego przyjemność, bo przecież wtedy neutralizujemy działania stresu. Może jakieś ćwiczenia oddechowe i relaksacyjne. Bo to nie moja wina, nie tyję przez to, że wrzucam w siebie nie wiadomo ile jedzenia. Jestem chora i to osoby, które nie rozumieją tego mają problem, a nie ja. Odpuszczam sobie te niby winy.

Następnym o czym chcę wspomnieć, to związki i chodzi tu właśnie o te toksyczne. W których niektórym z nas niestety udało się być, za te całe bagno obwiniamy siebie.Zaczynamy wymyślać usprawiedliwienia dla wszystkich zachowań naszego partnera/partnerki, często te tłumaczenia dzieją się naszym kosztem. Dajmy na to, zostałam zdradzona/ny, bo najwidoczniej czegoś tej drugiej osobie brakowało, może za mała dawałam z siebie, mogłam się bardziej postarać, zainteresować. No chyba nie! Bo albo ma się kręgosłup albo nie, jak jesteś z kimś w związku i coś przestaje działać tak jak powinno, to o tym powiedz. Jak się pozna kogoś innego, to kurcze miej odrobinę cywilnej odwagi i powiedz: sorry ale wypaliło się, ja już dłużej tego nie widzę. Może wspólnie znajdziemy rozwiązanie, a nawet jeśli się to nie uda, to przynajmniej rozstaniemy się w zdrowy sposób. Nie mówię, że nie będzie bolało, ale przynajmniej po wszystkim nie będę musiała żyć z poczuciem, że cały czas mnie ktoś oszukiwał i dowiedziałam się przez przypadek. A sytuacja w której parter/ka ma zaniki pamięci i okazuje się, że na boku jest ktoś jeszcze, to nie my mamy problem, tylko osoba z wiecznymi ubytkami w pamięci. Nie wiem, może jakaś wizyta u lekarza specjalisty, jak nie można zapamiętać faktu, że w domu ktoś na nas czeka i nie jest to rybka w akwarium. Odpuść, odpuść sobie taką osobę. Odpuść sobie bo nie zrobiłaś/eś nic złego. Ta cała okropna sytuacja nie jest z Twojej winy.

To tylko jeden z przykładów, jeśli chodzi o toksynę w związku, będzie tego więcej już niedługo. To teraz ta druga strona, bo mieliśmy przykłady o co się obwiniamy i każdy z nas może sobie sam zrobić taką listę. Nie oznacza to, że mamy jakiś problem z głową, czy coś 😉 Po prostu mamy w sobie wyjątkowo dużo uczuć i chcemy pomóc bliskim nam osobą, robimy wszystko co w naszej mocy żeby było dobrze. Szukamy rozwiązań, tłumaczymy kogoś, staramy się robić wszystko tak jak należy, wręcz idealnie. Zapominamy w tym wszystkim żeby zadbać również o siebie i o jednej podstawowej sprawie, nie można zadowolić wszystkich. To zadanie dla agencji towarzyskich. Nie zawsze więc radzimy sobie z tymi wszystkimi negatywnymi emocjami, które się pojawiają. To nic złego, jesteśmy po prostu uczuciowymi, dobrymi ludźmi. Najlepiej jest w takich sytuacjach właśnie odpuścić, bo nie zbawimy całego świata, bo jak wszyscy w koło nie jesteśmy idealni. Bo mamy prawo do popełniania błędów, bo z powodu, że coś nam nie wychodzi, nie oznacza, że jesteśmy gorsi od innych. Uwaga, bierzemy teraz głęboki wdech i … odpuszczamy 😉 Odpuszczamy sobie, toksyczną sytuację, czy środowisko. Przestajemy obwiniać siebie za wszystko wokół, za rzeczy na które nie mamy wpływu. Zamartwianie się, obwinianie i trzymanie wszystkiego w sobie, szkodzi nam i to bardzo. Odbija się to na naszym zdrowiu fizycznym i psychicznym, z takiego umęczania się uwierzcie mi, że nic dobrego nie wyjdzie. Wszystko fajnie i ładnie brzmi, ale doskonale zdaję sobie sprawę, że nie do końca tak jest. Najważniejsze o czym trzeba pamiętać to, to że nie jesteśmy z tym sami. Nie tylko my tak czujemy i mamy takie problemy, takich osób jest całe mnóstwo, chociaż nie chcą się przyznać. Nie trzymajmy wszystkiego w sobie, co boli, denerwuje i przeraża nas, bo te wszystkie uczucia w pewnym momencie eksplodują. Ok, możemy to sobie obiecać? To od dziś staramy się odpuszczać, oczywiście tylko tam gdzie należy. Nigdy nie odpuszczajcie, jeśli chodzi o Wasze szczęści, bo jedyną osobą z jaką musicie spędzić całe swoje życie, jesteście Wy sami. A jak wiadomo, lepiej żyć z kimś kto czuje się szczęśliwy i spełniony. Dobrze, w takim razie bądźmy szczęśliwi i spełnieni, czego życzę sobie i Wam 🙂

Ps. Jeśli chcecie poczytać o tym co myślę na jakiś konkretny temat, to dajcie znać w komentarzach lub napiszcie do mnie. Kontakt znajdziecie w zakładce o mnie 😉

Lektury (nie)obowiązkowe

Dziś będzie troszkę inaczej niż zawsze. Pod ostatnim wpisem obiecałam listę polecanych przeze mnie książek. Podzielę się moja listą z Wami wszystkimi. Wieczór szybko zapada, temperatura już mocno spadła, więc nie ma nic lepszego niż nastawić czajnik z wodą na herbatę z cytryną i goździkami, poprawić poduszki i zabrać koc. Usadowić się w nowo powstałym gniazdku i oddać się przyjemności czytania. Zaczynamy?

Książki to moje uzależnienie do którego przyznaję się bez bicia. Uwielbiam czytać, przenieść się w różne miejsca w czasie i przestrzeni. Poznawać najodleglejsze zakątki świata. Nie mam jednego wybranego gatunku w którym się zatracam, ale do brzegu, pora wreszcie podać kilka tytułów. Moja lista lektur (nie tylko) jesiennych:

  • Harry Potter (cała seria) – chyba zawsze będę miała sentyment do tych książek, od tego zaczęła się moja przygoda z czytaniem. Co może być lepszego na jesienne wieczory, niż opowieść o przygodach czarodzieja? Nawet za setnym razem czyta się z wypiekami na twarzy. Już nawet nie pamiętam ile razy przeczytałam każdą z części i nadal będę do tego wracać. Magia, przyjaźń, niezwykłe stworzenia, eliksiry, wilkołaki, demony itp. Co może być bardziej klimatyczne na jesienne wieczory niż taka opowieść?
  • Opowieści z Narnii – pozostajemy w sferze magii. Już parę razy przeczytałam opinię, że to pozycja z działu lektur dziecięcych, ale przyznam się Wam, że gdy wróciłam do nich już jako osoba dorosła dostrzegłam nowe oblicze tej opowieści. Bardzo fajnie przedstawiona historia, którą znamy od wieków, spisaną w całkowicie inny sposób. W sposób, który jest przystępny dla młodszych czytelników i pozwala dostrzec to, czego dorośli często w tej pierwotnej historii nie rozumieją. Wiecie co Lewis chciał pomóc przyswoić dzieciakom? Historię osoby, która w imię miłość do ludzi była gotowa oddać swoje życie w zamian za ich życie. Historia o sile miłości i przebaczenia, która jest tak wielka, że nawet śmierć musi cofnąć swoje wyroki. Brzmi znajomo? Wiecie już co to była za historia?
  • Baśnie Barda Beedle’a – mogłam to wstawić zaraz po wzmiance o Potterze, ale wyleciało mi z głowy ;P Książka raczej krótka,ale opowiadania czyta się bardzo przyjemnie. Potteromaniacy będą zachwyceni, a tym którzy posiadają już własne pociechy, proponuję jako fajną alternatywę dla tradycyjnych bajek na dobranoc. Każda opowieść z morałem , więc warto poczytać dziecku.
  • Seria Kwiat Paproci – zastanawialiście się kiedyś, jaki byłby nasz kraj gdyby Mieszko nie przyjął chrztu? Co gdyby wierzenia słowiańskie i kultura naszych przodków została z nami aż do współczesności, a słowiańscy bogowie od czasu do czasu przechadzali się między ludźmi? Mamy tutaj opowieść łącząca z fantastykę z romansem, obrzędy i mitologię słowiańską, magię, niebezpieczne upiry i ogromną dawkę humoru. Książkę bardzo przyjemnie się czyta, sprawdzi się idealnie na jesienny wieczór z kubkiem ulubionej herbaty. Osobiście uwielbiam główną bohaterkę, młodą szeptuchę Gosię i nie tylko ze względu na zbieżność imion 😉
  • Seria Sigma Force – teraz trochę z innej strony. Akcja, pościgi, tajemnice sprzed wielu wieków, nowoczesne technologie i broń. Jeśli ktoś polubił Kod Leonarda da Vinci, opowieściami Jamesa Rollinsa będzie zachwycony. Mamy tu wszystko co najlepsze, thriller,zagadki z przeszłości, tajne organizacje i super agentów. Ja zaczęłam moja przygodę z Sigmą od Mapy Trzech Mędrów, świetna wciągająca opowieść. Główni bohaterowie, to nie tylko żołnierze, ale i naukowcy w jednym. Celnie strzelają, a przy okazji są specami od fizyki, chemii i nanotechnologi. Rollins świetnie opisuje nie tylko całą akcję, ale i miejsca gdzie rozgrywają się wydarzenia. Opisy są tak dokładne, że ma się wrażenie przebywania tam. Obowiązkowa pozycja dla wszystkich miłośników akcji.
  • Książki autorki Jojo Moyes – przepraszam, że nie podaję konkretnego tytułu, ale nie jestem w stanie zdecydować się na jeden. Pozycja typowo skierowana do kobiet, nie chodzi mi o fakt, że są to opowieści z romansem w tle. Każda z jej książek opowiada o silnej kobiecie, która mimo przeciwności losu, walczy o siebie i swoich najbliższych. Większość będzie pewnie kojarzyć zekranizowane tytuły Zanim się pojawiłeś lub Ostatni list od kochanka. Zachęcam wszystkich, którzy zobaczyli filmy żeby przeczytali książki, jeśli film się spodobał, to książka Was zachwyci. Bohaterki Moyes, to kobiety, które sprzeciwiają się utartym poglądom na temat roli jaką przedstawia nam społeczeństwo. Pokazuje nie tylko współczesne problemy z jakimi niektóre z nas muszą się mierzyć, ale również z czym miały do czynienia kobiety w lata ’60, czy ’70. Jeśli chcesz poznać waleczne dziewczyny, które są gotowe na niepopularne decyzje, na ochronę swoich bliskich, czasem nawet na granicy z prawem, to tytuły zdecydowanie dla Was: Zanim się pojawiłeś, Kiedy odszedłeś, Moje serce w dwóch światach, Ostatni list od kochanka, Srebrna zatoka. Sama przygotowuję się do przeczytania Światło w środku nocy, Kolor pawich piór, Zakazany Owoc, Dwa dni w Paryżu oraz W samym sercu morza.
  • Małe kobietki – w sumie polecam i książkę i film. Opowieść o siostrach, które każda na własny sposób dąży do osiągnięcia szczęścia nie rezygnując z swoich poglądów. Książka, gabarytowo jest dość pokaźna, ale sposób w jaki Louisa May Alcott opowiada o losach sióstr March, którym matka wpoiła ideały wolności i poszukiwania własnej drogi w życiu sprawia,że książkę czyta się w bardzo przyswajalny sposób. Razem z dziewczętami będziecie śmiać się i płakać. Kto ma ochotę przenieść się do Ameryki w czasach wojny secesyjnej koniecznie musi sięgnąć po ten tytuł.
  • Ania z Zielonego Wzgórza – uwielbiam!!! Przygody rudej sieroty, która zdobyła serca rodzeństwa Cuthbert, były dla mnie przecudownym doświadczeniem. Jej przekomarzanie z Gilbertem (ten gość był dla mnie niesamowity, tylko nie mówcie M. 😛 ) Ogromna wyobraźnia, bronienie swoich poglądów i straszne gadulstwo. Jak tu jej nie kochać? Książki nie za długie, przyjemnie się czyta i gwarantuję, że zostawią w czytelniku ślad na całe życie.

W sumie najchętniej wymieniłabym tu wszystkie tytuły jakie znajdują się w mojej domowej biblioteczce, ale nie na tym to miało polegać. Moim jakże skromnym zdaniem, książki które podałam powyżej, świetnie sprawdzą się w roli umilaczy na długie jesienne wieczory. Przy okazji każda z nich może nas czegoś nauczyć i zapoczątkować jakieś głębsze przemyślenia na niektóre tematy. A jakie są Wasze ulubione tytuły?

Krzyki mew, szum fal i zapach sosnowego lasu

Jeszcze dwa dni przed urlopem mówiłam w pracy, że kolejnego roboczego tygodnia nie przeżyję. Śmiali się ze mnie, że to przez świadomość zbliżającego się urlopu. Ja wiedziałam swoje, czułam jak moje baterie zaświeciły czerwoną lampkę z sygnalizacją rozładowania baterii.

Jeszcze jakiś czas temu myślałam, że udany urlop jest wtedy i tylko wtedy, gdy pogoda jest idealna. Według moich wytycznych powinno być gorąco i słonecznie, tak żebym mogła całymi dniami leżeć na kocu i łapać promienie słoneczne. Mój tegoroczny urlop postanowił spłatać mi figla, najwyżej na skali było 22 stopnie. Wiatr szalał tak mocno, że wyczekiwałam momentu aż urwie mi głowę. Mimo to zaliczyłam pięć dni na plaży ładując moje wewnętrzne baterie sierpniowym słońcem. Codziennie żegnałam dzień podziwiając z plaży cudowny zachód słońca.

Siedząc tak na piasku i obserwując zmagające się z wiatrem mewy doszłam do wniosku, że do szczęścia nie potrzebuję koniecznie ponad 30 stopni w słońcu i bezchmurnego nieba. Świadomość, że rano nie trzeba wstawać przed szóstą rano i czasem zmagać się z nieprzyjemnymi klientami, napełniało mnie nieocenionym spokojem. Czas jakby zwolnił, codziennie przed obiadem wybierałam się na mały spacer do miasteczka, Dąbki są urokliwe, Mogłam godzinami przyglądać się biżuterii wytworzonej ze złota Bałtyku. Wszech obecny jantar mienił się w butelkach na nalewki, mydłach, czy olejkach do ciała. Piękny kolor przykuwał moją uwagę, na próżno szukałam go nad brzegiem morza (chociaż parę skarbów w postaci pięknych różowych kamieni i małych muszelek znalazłam). Trochę się zakręciłam na tym punkcie, więc nie obyło się bez szukania jakiś ciekawostek, a że uwielbiam poznawać naszą rodzimą mitologię i zwyczaje Słowian, zaczęłam czegoś szukać. I znalazłam, mit o Juracie, smutny z tragicznym końcem, ale jak to bywa z naszymi mitami niezwykle piękny.

Jurata mieszkała na dnie morza w bursztynowym pałacu. Rządziła w głębinach, ale też była przychylna rybakom. Gdy dowiedziała się, ze rybak Kastytis łowi zbyt dużo ryb, postanowiła go ukarać. Podpłynęła do jego łodzi, ale gdy go ujrzała natychmiast się w nim zakochała. Zapomniała o karze, zabrała rybaka ze sobą do swojego podwodnego pałacu. Żyli w nim szczęśliwie aż do chwili, gdy o śmiertelniku dowiedział się bóg Perkun. Zazdrosny o piękną Juratę, rozbił piorunem bursztynowy zamek, a jego panią przykuł łańcuchami do dna morza.
Bursztyn, którzy można znaleźć na plaży w Juracie pochodzi z rozbitego pałacu królowej, inni twierdzą że są to jej łzy, które wylewa po śmierci ukochanego Kastytisa, który zginął podczas sztormu wywołanego przez rozgniewanego boga. Jednak optymiści uważają, że rybak zdołał się uratować z topieli.

Po takim spacerku między stoiskami z bursztynem, magnesami i różnego typu muszelkami, ruszałam w kierunku jeziora Bukowo. Jest tam taka restauracja z tarasem z którego rozpościerał się piękny widok na przystań i tak mogę sobie siedzieć i myśleć nad kolejnym wpisem dla was 😉 Siedziałam i przeglądałam pamiątki dla bliskich, planowałam kolejny wypad na plażę podczas zachodu słońca. Najlepszy sposób na ładowanie baterii, człowiek siedzi, nic nie musi robić i po prostu się resetuje.

Przeżyłam też chwile grozy… Pewnego dnia wybrałam się nad jezioro, poszłam drogą która biegnie wzdłuż wejść na plażę. Po jednej stronie biegnie tam las, po drugiej ogrodzenia z ośrodków. Nie jestem miłośniczką lasów, to znaczy uwielbiam je oglądać na fotografiach lub z okna samochodu. Przez niezbyt sympatyczne spotkanie z żmiją we wczesnym dzieciństwie, teraz do lasów nie wchodzę. Mój spacer po lesie wygląda tak, że rozglądam się ze strachem w oczach po ścieżce. Wracając jednak do mrożących krew w żyłach wydarzenia z Dąbek, M. szedł od strony lasku sosnowego, a ja dziarsko wędrowałam od strony ośrodków. Wtedy to się stało… Tuż obok M. zobaczyłam, jak coś bardzo szybko pełznie wzdłuż kostki chodnikowej. Widzieliście kiedyś, jak na bajkach, jakaś postać chce szybko ruszyć i przebiera nogami w miejscu? To ja właśnie tak wyglądałam w tym momencie. Wreszcie udało się mi przeciągnąć M. o ładnych parę metrów do przodu, powtarzając tylko w kółko – nie chcę tu by!!! – Uwierzcie mi, że taki przejaw paniki w moim wypadku, to wyczyn, spodziewałam się krzyku i ogólnego wybuchu histerii. Udało się to zniwelować do lekkiego szlochu i odbiegnięcia z miejsca zdarzenia. Nie, nie był to żaden straszny, ani olbrzymi wąż, najprawdopodobniej był to zwykły padalec (tak wiem padalec nie jest nawet wężem, wystarczyło mi, że pełznął) Od tamtej pory wszędzie chodzę na około przez miasto.

I wiecie co? Pomimo braku upalnej pogody, ataku krwiożerczego węża 😛 uważam, że wyjazd nad polskie morze był najlepszym pomysłem. Odprężyłam się, naładowałam baterie i jeszcze przyszły tydzień mogę spędzić na dolce far niente. Obmyślam już kolejny urlop, niekoniecznie letni, bo czekać rok na następne dłuższe wolne nie zamierzam. Będzie mi brakowało krzyku mew tuż za oknem, cudownego zapachu sosnowego lasu i tego szumu morza przy którym medytacja wychodziła jak nigdy. Coś jeszcze przykuło moją uwagę podczas wyjazdu, byłam tu świadkiem jak już za zakrętem widać zbliżającą się jesień. Byłam świadkiem jak te moje dwie ulubione pory roku mieszają się razem. Wracam do domu ze świadomością, że teraz zaczną się dla mnie spacery pełne jesiennych barw, dyniowe latte, książki i przytulne koce. Tak zdecydowanie po tym urlopie jestem naładowana pozytywną energią 😉

Girl power – czy faktycznie idziemy ramię w ramię?

„Spójrz na nią, mogła założyć jeszcze krótszą spódniczkę”, „ciekawe, jak z takim doświadczeniem zdobyła pracę? Pewnie wie komu wejść do łóżka”, „jak można pokazywać takie zdjęcia w sieci, czy ona się nie widzi?” Brzmi znajomo? Ile razy usłyszałyście to wobec siebie samej, a co gorsze ile razy to my wypowiadamy tego typu osądy. Były marsze, niby wielka solidarność kobiet, ale czy faktycznie trzymamy się razem?

Pamiętam słowa moich koleżanek na temat marszów, jak poczuły, że nie są same w tym strachu i frustracji, które się pojawiły, jak często da się słyszeć w radiu, szłyśmy „ramię w ramie”. Wszystkie jednak zgodnie przyznały, że solidarności kobiet, babskiej sztamy nie ma. „Nic tak nie łączy, jak wspólny wróg”, czy tak właśnie było? W obawie przed zagrożeniem, przed odebraniem nam wolności, stanęłyśmy w jednym szeregu i mówiłyśmy jednym głosem. I puf… marszy nie ma i ta sama solidarność, jakby uszła, wywietrzała. Tylko jedna z nas nie traci wiary w sens i samo istnienie kobiecej solidarności.

Girls power to mega ważny temat. Siła jest kobietą, kto może lepiej zrozumieć kobietę, jeśli nie druga kobieta. Dla mnie to bardzo ważne relacje, rozmowy, wzajemne wsparcie, zrozumienie. Razem możemy więcej, razem możemy wszystko.

Miśka powinna założyć nową partię kobiet! Ma niezłe hasła, bardzo chwytliwe, jak myślicie? Wracając jednak na właściwe tory, coś w tym jest o czym mówiła. M. jest moim przyjacielem, ale jednak nie każdy temat chcę z nim poruszyć (zwłaszcza, jak chcę poskarżyć się na jego walające się po podłodze skarpetki). W takich momentach biorę telefon i dzwonię do mojej siostry lub do wspaniałej kobiety którą znam od szóstego roku życia, bo wiem, że jak trzeba to opieprzy mnie z góry na dół, jeśli sytuacja tego wymaga, jeśli muszę się pozbierać i zacząć działać dalej, a nie użalać się nad sobą. W innym przypadku po prostu wysłucha i doradzi. Wiem, że zawsze mogę do niej zadzwonić i ona wie, że w drugą stronę działa to tak samo. Zawsze możemy na sobie polegać i tak to powinno przecież wyglądać (ale o tym, jak ważna jest dla mnie Królowa i pozostali przyjaciele innym razem) Potrafimy więc solidaryzować się i stać murem za inną kobietą ale… no Ela, jakie to było „ale”?

Myślę, że trzymamy się ze sobą, ale w małych grupach. Brakuje takiej ogólnej solidarności babskiej, często niestety niszczą ją uprzedzenia, zazdrość i inne poglądy

Może to będzie jakiś początek, skoro moja przyjaciółka jest dla mnie ważna i szanuję ją jako kobietę, poszłabym za nią w ogień, martwię się o jej zdrowie i bezpieczeństwo, to może następnym krokiem będzie ta sama troska skierowana wobec innych kobiet. Nie mówię przecież, że mamy się wszystkie uwielbiać, wiadomo każda jest inna osobą, nie z każdym człowiekiem można się dogadać. Sama mam kilka takich dziewczyn, z którymi za nic nie mogę złapać wspólnego rytmu, po prostu jak ogień i woda. Nie muszę jej lubić, jednak walcząc i broniąc jej praw, czy wolności, walczę o siebie, może w ten sposób byłoby łatwiej złapać na czym powinna polegać solidarność jajników.

Wspomniałam o walc o prawa i wolność, nie zawsze chodzi o jakieś marsze, pikiety itd. głupie żarty w pracy, słowa które nie powinny paść. Wystarczy zareagować, uciąć głupią gatkę, wspierasz w ten sposób dziewczynę, którą to dotyczyło ale i pomagasz sobie, jasno pokazując, że nie zgadzasz się na takie zachowanie i traktowanie. Kiedyś byłam w środku pewnej dyskusji między samymi kobietami, rozmawiałyśmy na temat dzieci. Jedna z nas powiedziała, że nie planuje dzieci. Nagle naskoczyły na nią, że jest kobietą więc jest stworzona do bycia matką, że bez dziecka nigdy nie będzie spełniona, że tylko posiadanie dziecka daje kobiecie szczęścia, dodam tylko, że chodziło o posiadanie SWOJEGO dziecka. Krew się we mnie zagotowała, moja koleżanka została właśnie pozbawiona prawa do własnego zdania. Wylała się na nią agresja i to od strony innych kobiet! A dlaczego? No właśnie dlaczego tak się stało, bo miała inne poglądy? Pomyślcie, że dziewczyna powiedziała, że nie chce mieć dzieci, bo np. nie może ich mieć i nikomu nie musi się z tego tłumaczyć, szybciej i łatwiej uciąć temat mówiąc, że nie planuje dzieci. I stwierdzenie, że nie będzie przez to szczęśliwa, czy spełniona, to cios poniżej pasa. Same to sobie robimy, walczymy między sobą, wbijamy szpile, tylko po co? Mało mamy sytuacji gdzie faceci się z nas nabijają, same też musimy sobie dokładać?

Mój tata zawsze mi powtarzał żebym szła przez życie z podniesioną głową i nikomu nie pozwoliła zachwiać wiary w moją wartość, trzymam się tego, jak mogę ale nie zawsze jest łatwo. Chyba zawsze ktoś nas do kogoś porównuje, my same się porównujemy, zwłaszcza teraz gdy większość stara się zrelacjonować każdą chwilę na Instagrami, jednak dobrze wiemy, że pokazujemy tam tylko idealnie obrobione zdjęcia, gdzie wyglądamy i uśmiechamy się idealnie, jak w filmie. Tego szarego przeciętnego życia przecież nie będziemy pokazywać. Co często myślimy kiedy oglądamy tego typu zdjęcia? Ale ona ma fajne życie i jak wygląda, a ja dlaczego po mimo starań nie mogę tak wyglądać? Ten tok myślenia nie powstał z dnia na dzień, mamy go wbity do głowy od dziecka.

To chyba ma związek z naszymi prababkami. Wiesz kiedyś się dużo wymagało od kobiety. Kiedyś nawet widziałam zdjęcie z książki z lat 50-tych „Jak być perfekcyjną panią domu”, czy coś takiego i zdjęcie kobiet w ładnych sukienkach, fryzurach i na obcasach z mopem… i to chyba działa tak, że moja prababka wymagała tego od babki, to babka chciała tego od matki, a matka ode mnie. Nikt chwile nie przystanie i nie zastanowi się, czy ta sukienka i obcasy do sprzątania, to faktycznie mądra rzecz 😉 Dążę do tego, że jak robisz coś nie po czyjejś myśli, to często możesz usłyszeć krytykę, ale nie od faceta, zazwyczaj od kobiety. Ja często słyszę: „no fajnie to zrobiłaś, ale mogłaś…”, oczywiście, że mogłam, ale zrobiłam inaczej po swojemu

No właśnie, coś nam ta solidarność nie wychodzi, bo jednoczyć się trzeba nie tylko w sytuacji zagrożenia, ale również na co dzień. Wspierać się w decyzjach, nie krytykować, któraś z twoich znajomych chce mieć piątkę dzieci? Super, trzeba jej pogratulować siły i odwagi i tego, że dzięki swojej decyzji jest szczęśliwą kobietą. Inna znajoma chce podróżować po świecie, nie chce zakładać rodziny. Podróże to świetny plan, pozna różne kultury i ciekawych ludzi, będzie dzięki temu szczęśliwa. A może wiesz, że jedna z bliskich ci kobiet cierpi bo nie może mieć dziecka o którym zawsze marzyła? Wtedy ją wspieraj, bo to nie jej wina, nadal jest cudowną kobietą i zasługuje na szczęście, które odnajdzie. To nie są rzeczy którymi ryzykujesz życie, a jednak może czyjeś życie to odmieni 😉

Czekam z niecierpliwością na kolejny tak owocny w pomysły na nowe tematy sabat, mam nadzieję, że chociaż trochę skłoni was to do refleksji nad coraz głośniejszym tematem kobiecej solidarności i zamiast popularnego hashtagu stanie się rzeczywistością 😉