O kobietach, przez kobiety i dla kobiet, czyli przemyślenia współczesnych trzydziestolatek.

Gdy byłam małą dziewczynką, często żałowałam, że nie jestem chłopcem. Zawijałam mój długi warkocz pod czapkę z nadzieją, że nie zostanę rozpoznana, wychodziłam z założenia, że chłopcy mieli lepsze zabawki, fajniejszych bohaterów w bajkach (ile razy można oglądać jakąś księżniczkę, którą za każdym razem ktoś musi ratować albo bawić się barbie, której życiowym celem jest wyjść za Kena). Zamiast skakać w gumę, wolałam grać w piłkę nożną lub koszykówkę, czy siatkówkę. Już jako ta mała dziewczynka stwierdziłam, że ta równość między dziewczynami a chłopakami jakoś nie ma odbicia w rzeczywistości. Marzyłam, że jako dorosła kobieta, nie będę zależna od żadnego mężczyzny, będę silna i spełniona.

Minęło sporo czasu od tamtej rozkminy małej dziewczynki, nie wszystko się jednak zmieniło. Nadal twierdzę, że to równe traktowanie kobiet i mężczyzn jest tylko na papierze lub w jakiś populistycznych mowach polityków. Udało mi się, jestem niezależna, czuję się silna i spełniona, a przede wszystkim jestem dumna z bycia kobietą – jestem współczesną trzydziestolatką. Czyli kim dokładnie, czym się różnię od trzydziestolatek z wcześniejszych dekad? Taki temat włączył się w czasie mojego spotkania z kilkoma dziewczynami, które cenię i bardzo się cieszę, że pojawiły się w moim życiu. Łączy nas wiek, czasem poglądy i zainteresowania, ale przede wszystkim to, że świetnie się czujemy w swoim otoczeniu, rozumiemy się i szanujemy nawzajem. I tak właśnie sobie siedzimy i dyskutujemy nad tym, jakie właściwie jest nasze miejsce we współczesnym świecie. Czego od niego oczekujemy, a czego on może oczekiwać od nas? Taka rozmowa z mądrymi, silnymi i pełnymi pasji kobietami w letni wieczór jest bardzo owocna, polecam jako dodatek zabrać ze sobą prosecco lub mrożoną herbatę/kawę. Takie wieczory mogłyby się wtedy ciągnąc w nieskończoność.

Jak tak sobie pomyślę, to moja mama w wieku trzydziestu lat była już stateczną żoną z dwójką dzieci, ja w tym samym wieku dopiero przygotowuję się do małżeństwa, a słowo „stateczna”, jakby to delikatnie powiedzieć, kompletnie do mnie nie pasuje 😉 i tak zaczęłam się zastanawiać, jak to teraz jest z tym podejściem do małżeństwa i macierzyństwa? Raz po raz słyszy się w mediach, że kariera wygrywa u kobiet z zakładaniem rodziny (nie poruszam tu teraz cnót niewieścich, bo nie chcę się denerwować przy tworzeniu tego tekstu, ale pewnie wrócę niedługo do tego tematu). Ciekawe jeśli chodzi o kobiety, mamy coś w rodzaju konfliktu interesu, jeśli chodzi o rodzinę i karierę, natomiast u facetów, nie ma żadnych ograniczeń, wręcz przeciwnie u nich rozwój osobisty i zdobywanie kolejnych szczebli kariery jest pożądane. Świat zawsze był podzielony na męski i żeński i niestety nadal mało jest tych, którzy widzą po prostu człowieka.

Jakie dziś mamy priorytety: małżeństwo, dziecko lub kariera? Wszystkie, a może tylko niektóre? A może coś całkiem innego? I tak jak siedziałyśmy, każda miała inną wizję odpowiedzi, niektóre nawiązywały do siebie i w jakiś sposób uzupełniały się. A ja tak siedzę i myślę, czy mam jakiś plan, kolejność działania? No nie mam, nie sądziłam, że muszę wybierać i chyba nie chcę wybierać. Jestem głodna i ciekawa świata, chcę czerpać z życia ile się da, każdy z tych aspektów jest mi w jakiś sposób potrzebny, ale nie chcę wybierać jednego kosztem innych. Z tych moich chaotycznych myśli wybudza mnie jedna z dziewczyn – Julka, powtórzę słowo w słowa za nią bo inaczej to straci swój urok:

„Gdybym kiedyś miała zrobić listę priorytetów, to pewnie te trzy rzeczy tam bym wpisała. Zawsze mi się wydawało, że mam potencjał na super karierę, ale kiedyś gdzieś na przełomie liceum i studiów, kiedy to kompletnie nie wychodziło mi życie uczuciowe, zawarłam pakt. Tak dobrze słyszycie, pakt z siłami wyższymi. Jako, że od zawsze wierzyłam w magię i w równowagę we wszechświecie itd, to miało to sens. Więc powiedziałam, że kompletnie nie zależy mi na karierze, mogę nawet oblać studia, byle tylko znaleźć osobę, która mnie pokocha, doceni, zaopiekuje się mną i będzie mnie wspierała i szanowała. Znalazłam taką osobę, więc żegnaj kariero 😀 Jeżeli mam się nad tym głębiej zastanowić, to i tak uważam, że nie da się połączyć kariery z dzieckiem”

Żeby nie było, nie organizuję potajemnie sabatu czarownic, spotkań szeptuch, czy innych tego typu zlotów 😛 ale sam pomysł paktu przykuł moją uwagę i odciągnął od gonitwy myśli jaka toczyła się w mojej głowie. Hmm racjonalnym wyjściem wydaje się pomysł Julki, najpierw kariera później macierzyństwo, ale jak sama zaznaczyła, kariera się wtedy kończy. Julka podkreśliła, że próba pogodzenia dziecka i kariery, zazwyczaj kończy się tym, że któryś z rodziców będzie się musiał „poświęcić” zawodowo. Olga miała krótką ale sprecyzowaną odpowiedź, na swojej liście z całą pewnością pojawiłaby się kariera, co do małżeństwa, nie do końca była przekonana. Elka, jest najmłodsza z naszej grupy, ale jeśli chodzi o priorytety w swoim życiu, wszystko ma od dawna ułożone.

Moja lista jest krótka i na pierwszym miejscu postawiłabym rodzinę i przyjaciół. Nie ma dla mnie nic cenniejszego niż możliwość współdzielenia pięknych chwil, ale też przechodzenie przez trudne momenty z bliskimi mi osobami 🙂 Mogę spokojnie skreślić z tej listy karierę, bo często trudno ją połączyć z zakładaniem rodziny. Ja pracuję żeby żyć, a nie odwrotnie.

W tym czasie często dziewczyny odnosiły się do tego, że trudno jest pogodzić bycie mamą z pracą, a ja tak sobie myślę, przecież związek, małżeństwo nie zawsze musi iść w parze z rodzicielstwem. Powody mogą być różne, może ktoś mieć problem z zajściem w ciąże, w ogóle nie będzie mógł mieć dzieci lub po prostu ktoś nie chce mieć dzieci. Mam wrażenie, że trzecia opcja jest w naszym kraju nadal odbierana z zaskoczeniem, niedowierzaniem, a czasem agresją wobec takich osób. Tylko nie rozumie dlaczego, posiadanie dziecka i wszystko co się z tym wiąże, jest sprawą tylko i wyłącznie danej pary, to ich decyzja i powinna być jednogłośna, zmuszanie żeby ktoś działał wbrew sobie, to najgorsza opcja. Działa to w dwie strony, mężczyzna nie ma prawa zmusić kobiety, do ciąży bo ma wizję dom, syn, drzewo, ale kobieta też nie może próbować wymusić na mężczyźnie powiększenia rodziny, przez ciążę, czy adopcję. Z drugiej strony mamy jeszcze całe środowisko zewnętrzne: rodzina, znajomi, a nawet nieznajomi, każdy ocenia, udziela „dobrych rad” i to pytanie, kiedy dziecko? Czasem się zastanawiam, czy zanim padnie to głupie pytanie, włącza się im jakikolwiek proces myślowy? Może warto sobie uświadomić, że kobieta, której zadaje się to pytanie, nie może z jakiegoś powodu mieć dzieci, albo nie chce ich mieć. I to nie wasz zakichany interes, wtykanie nosa w życie innych ludzi, to słabe zajęcie. Julka wtrąciła, że nasze społeczeństwo ma taki typ myślenia zakorzeniony – kobieta musi mieć dziecko, żeby być szczęśliwą itd. to pytanie zdaje się być dla nich wyrazem troski :/ Nasza dyskusja powoli zmieniła tory na jeszcze nie tak dawno bardzo głośny temat, Elka cały czas powtarzała, że to co się działo jest bardzo ważne, bo wreszcie ktoś zwrócił uwagę, że coś jest nie tak w naszym kraju. Olga widząc co się dzieje na ulicach, poczuła swego rodzaju odwagę, aby wyrażać własne poglądy, ale również świadomość, że nie jest sama w swoich obawach i poglądach. A Julka… a co tam lubię ją cytować:

… a potem TK wydał wyrok i zaczęły się spacery. Wtedy zalała mnie fala strachu i frustracji. Pamiętam moją pierwszą myśl: o matko! Nie mogę być więcej w ciąży! – Nie chodzi o to, że w podskokach poszłabym dokonać aborcji, gdyby coś, tylko taka niemoc, że cofamy się w czasie. Walczyliśmy, jako społeczeństwo o wolny wybór, o równe prawa – w miarę równe, ale to inny temat – i teraz znowu ktoś nam je zabiera! W momencie kiedy kobiety, mężczyźni, w różnym wieku, nawet dzieci wyszli na „spacery”, to poczułam z nimi mega solidarność. Nadal nie wiem co bym zrobiła gdyby… i wydaje mi się, że nikt nie wie. Ta decyzja jest na pewno bardzo trudna, jeżeli już ktoś się na to zdecyduje, będzie żył z tym do końca życia, ale nie może być tak, że kobieta boi się zajść w ciąże…

Przyglądam się tej naszej paczce i dochodzę do wniosku, że i ja się boję, strach mnie ogarnia, jak widzę, jaki bajzel się robi. Jednak podobnie jak dziewczyny, widząc tych wszystkich ludzi idących ramię w ramię czuję, że przynależę do czegoś większego, że w tym strachu i złości nie jestem sama. Atmosfera zrobiła się ciężka, patrzyłyśmy jedna po drugiej i szukałyśmy ujścia tego ciśnienia. I tak sobie myślę, że te współczesne trzydziestolatki mają w sumie wiele ciężkich tematów przed sobą, ale całkiem nieźle sobie radzimy, jak trzeba postawimy się nawet politykom. Stereotypy często utrudniają nam życia, media społecznościowe i reklamy tworzą kanony piękna i starają się zmusić nas do bycia idealną. A my pomimo to, idziemy przez życie z podniesioną głową, zdobywamy kolejne szczeble kariery, mamy cudowne rodziny, po prostu staramy się być szczęśliwe. Na naszych zasadach, tak jak chcemy. Nie muszę być lepsza, ładniejsza, czy mocniejsza. Nikomu na siłę nie muszę dorównać, prześcignąć, ani uszczęśliwić. Bądźmy dumne z tego powodu, że jesteśmy kobietami, bo mamy w sobie siłę o której mężczyznom nawet się nie śniło.

Całkiem inna panna młoda

Nigdy w mojej głowie nie pojawiło się marzenie o wielkim weselu, białej sukni i długim welonie. W białym mi chyba nie do twarzy 😛 A tak poważnie, nigdy moim celem samym w sobie nie było wyjście za mąż…

W przyszłym roku czeka mnie formalizacja mojego związku z M. i chociaż sam aspekt ślubu cieszy mnie, tak nie rozumiem całej tej otoczki jaka temu towarzyszy. Z całą pewnością nie dopadła mnie przedślubna gorączka, gorzej mam wrażenie, że błądzę w całkowicie mi nieznanej krainie wesel.

Szczerze?

Gdyby chodziło tylko o mnie, to zamówiłabym pizzę lub zorganizowała grilla, bez szykownych strojów, białej sukni i reszty udziwnień i wymysłów. Tak, dla mnie to wszystko co dzieje się po przysiędze małżeńskiej, to po prostu zachcianki. Już słyszę te głosy oburzenia i zdziwienia:

  • Jak możesz tak do tego podchodzić, to przecież Twój dzień – najważniejszy i najpiękniejszy?
  • Jak nie zrobisz, to kiedyś będziesz żałować
  • Każda dziewczyna marzy przecież o ślubie, białej sukni i długim welonie

I tu wchodzę ja za dość zdziwioną miną… Serio? Po pierwsze skoro to mój dzień, to skąd to oburzenie, przecież chcę go spędzić po swojemu. Dlaczego tak ciężko jest zrozumieć, że ktoś może inaczej postrzegać pewne rzeczy niż my? I to stwierdzenie o najważniejszym i najpiękniejszym dniu, no cóż… oczywiście, że jest to ważny dzień, ale nie powiedziałabym, że NAJWAŻNIEJSZY. I trzeci aspekt, strefa marzeń i pragnień… no nie, przepraszam bardzo, ale nie mogę być nieszczerą wobec Was, a zwłaszcza wobec siebie. Nigdy w mojej głowie nie pojawiło się marzenie o wielkim weselu, białej sukni i długim welonie. W białym mi chyba nie do twarzy 😛 A tak poważnie, nigdy moim celem samym w sobie nie było wyjście za mąż, teraz żeby wszyscy mnie dobrze zrozumieli. Cieszę się, że wychodzę za M. że będę dzielić z nim życie, ale wesele i blichtr, jaki temu towarzyszy nie sprawi, że nasz związek będzie pełniejszy lub szczęśliwszy. Po ślubie M. będzie nadal tym samym wkurzającym, wygadanym i opiekuńczym M. i fakt czy będziemy mieli na palcach obrączki, czy nie, nie ma dla mnie żadnego znaczenia. One nie pozbywają się problemów, to tylko ozdoba.

Krótko mówiąc moja wizja wesela, jest prosta: luźne stroje, spotkanie przy grilluj, bez tej całej otoczki i szumu… ale to tylko moja wizja, która M. nie przypadła do gustu. Przypomniałam sobie, że w związku należy iść na kompromis, dlatego też zgodziłam się na bardziej tradycyjną opcję wesela (kapelę góralską wybiłam mu z głowy). Oczywiście mamy tematy w których bez dwóch zdań się zgadzamy np. obrączki. Zrezygnowaliśmy z tradycyjnych złotych obrączek, na rzecz tytanowych, M. nie lubi złota, a ja jakoś nie obwieszam się biżuterią więc złoty krążek to dla mnie niepotrzebny wydatek. Właśnie, wydatki w tym też jesteśmy zgodni, nie chcemy wydawać nie wiadomo ile na wesele, impreza ma być skromna, żadnych niepotrzebnych gadżetów. Próbowałam przeforsować zamiast sukni jeansy i trampki, ale M. udawał, że nie słyszy mojego pomysłu. Zrozumiałam sugestię, suknia zostaje.

Z tematem ślubu wiąże się jeszcze jeden temat – nazwisko. Zostać przy swoim, zmienić, a może dwuczłonowe? Najchętniej zostałabym przy moim nazwisku, bo je uwielbiam, jest częścią mnie i wszystko co do tej pory osiągnęłam w swoim życiu zrobiłam pod tym nazwiskiem. Jednak zakładam oficjalnie z M. rodzinę więc nie mogę, nie chcę wykluczyć go w żaden sposób. Dlatego najlepszym rozwiązaniem dla mnie jest nazwisko dwuczłonowe. Dlaczego ten temat jest dla mnie tak ważny? Biorąc ślub nie chcę w żaden sposób utracić siebie, będę żoną (jak ja nie lubię tego określenia) ale nadal, a raczej przede wszystkim pozostanę sobą, Gosią którą znają moi przyjaciele i rodzina. Nadal chcę być niezależna i spełniać się zawodowo, rozwijać, nie chcę żeby ktoś zaczął mnie postrzegać tylko przez bycie żoną.

No dobra, jakie wnioski? Nie jestem idealną przyszłą panną młodą, nie nakręcam się nad tematami typu – kolor przewodni wesela, wymarzona suknia ślubna i wesele jak z bajki. Mogłabym się pokusić i wziąć udział w konkursie na najgorszą pannę młodą, ale dobrze mi z tym, wiem co jest dla mnie ważne. To czy będę miała idealny ślub i wesele, czy też nie, nie jest ważne. W tym wszystkim chodzi o to żeby M. i ja patrzyliśmy w jedną stronę, byli gotowi zawsze spotkać się w połowie drogi i wspierać się wzajemnie w naszym planach. Motywować się do osiągania coraz to wyższych celów. To nie biała suknia, czy huczne wesele w tym pomagają. Dlatego z dumą oświadczam, że przyjmuję miano najgorszej panny młodej 🙂

To przecież takie proste…

Kochać jak to łatwo powiedzieć
Kochać tylko to, więcej nic…
W tym słowie jest kolor nieba
Ale także rdzawy pył gorzkich dni.


Nic się w sumie nie zmieniło, nie poczułam się inaczej, nie było wzruszenia, ani
specjalnej atmosfery. Siedziało wokół mnóstwo ludzi popijali kawę i herbatę, zupełnie tak jak my. Może coś ze mną nie tak, może powinnam inaczej zareagować, wzruszyć się lub coś takiego? Baa cała ta sytuacja rozbawiła nas, jedno z drugiego się śmiało, czy to znaczy, że tak naprawdę nie czujemy tego? Przepraszam, halo tam na górze słychać mnie , można powtórzyć?

Parę miesięcy temu wpadłam z M. na najgłupszy zakład na świecie, to które pierwsze powie „kocham cię” przegrywa. Chyba pół roku się tak drażniliśmy, przyjaciele mieli z nas niezły ubaw zwłaszcza jedna osoba, chociaż skomentowała to dość krytycznie, stwierdzając, że po prostu jesteśmy głupi. Nie rozumieli naszego patrzenia na to, przecież to jest bardzo ważna deklaracja no i głupio byłoby powiedzieć to w nieodpowiednim czasie. Tak przynajmniej myślałam, rzeczywistość jednak wyglądała całkiem inaczej a ja chyba trochę to podejrzewałam.
Nie wydaje się Wam czasem, że te wszystkie przesłodzone komedie romantyczne zaburzają nam rzeczywistość? Liczymy, że będzie tak super jak na filmach, zawsze słodko i w różowych okularach a jak jest w prawdziwym życiu?? Szczerze? Czasem mam chęć udusić M. dogaduje mi, nabija się, co gorsze myśli, że dzięki swoim psychologicznym sztuczką będę robiła to co on chce nie wiedząc o tym.
Co za pech, trafiła się m u jednak myśląca dziewczyna z charakterkiem 😛
Czy się kłócimy, hmmm a wiecie, że tak pokłócić się na poważnie jeszcze się nam nie udało?! Jak na razie jesteśmy zgodni jeśli chodzi o wszystkie ważniejsze kwestie. Czy będziemy się kłócić? To pewne jak wschód słońca, to jest naturalne nie da się całe życie we wszystkim zgadzać i mieć super idealny humor. To tak jakby być żywą reklamą szczęścia 24/7 nierealne serio, uwierzcie mi, to jest niemożliwe. Ale trochę zboczyłam z kursu, wróćmy więc do nieszczęsnego zwrotu kocham cię. Ciągle słyszałam „jak nie możecie sobie wyznać uczuć i to po tak długim czasie????” Przecież to najpiękniejsze słowa na świecie, dwa słowa które brzmią jak wiersz
(„Czy może świat odmienić jeden gest. I czyjeś słowa dwa, co brzmią jak wiersz” moje ukochane Metro) No właśnie ukochane, jak często nadużywacie tego słowa? Bo ja ostatnio często przecież: kocham czekoladę, książki, bielutkie płatki śniegu tańczące na wietrze w grudniowy wieczór. Kocham mojego psiaka bez którego nie wyobrażam sobie ani jednego dnia, kocham pizze i mogłabym tak jeszcze długo. Tylko, że wtedy to kocham traci na jakiejkolwiek wartości, nie ma nic z tej magii o której wszyscy opowiadają. Nasz zakład więc przywrócił temu słowu coś mistycznego i świętego, bo w obawie żeby nie przegrać żadne z nas go nie wypowiadało obojętnie w jakim kontekście. Takie słowo TABU. Co zadziwiające wcale nie potrzebowałam żeby usłyszeć od niego te dwa słowa . Tylko dlaczego? Każda normalna dziewczyna, kiedy spotyka odpowiedniego faceta , chce to od niego usłyszeć. No dobra, nie należę do normalnych osób, większość moich znajomych to potwierdzi, czy jednak to jedyny powód? Wszystkiego w życiu trzeba się nauczyć, zgodzicie się chyba ze mną? Nie jestem jakoś bardzo oporna na wiedzę, nawet zawahałabym stwierdzenie, że szybko ją przyswajam. Jest jednak coś, co przychodzi (może bardziej przychodziło) mi z dużą trudnością. Wiecie, że miałam problem z tym żeby się przytulić. Może nie koniecznie jeśli chodziło o moją rodzinę, ale od kiedy poznał am mojego Aniołka zderzyłam się z ścianą. Ona ciągle się przytulała a mnie po prostu paraliżowało, ktoś wtargnął do mojej strefy komfortu i nagle nie wiedziałam jak się prostu paraliżowało, ktoś wtargnął do mojej strefy komfortu i nagle nie wiedziałam jak się zachować, nie chodziło o to, że miałam jakiś problem z tym jej przytulaniem. Wręcz przeciwnie, czasem było mi to bardzo potrzebne, bo to jest prawdziwy anioł zawsze potrafi załagodzić wszystko w mojej głowie. Jednak nie mogłam się przemóc z tym przytulaniem i wiecie co? Aniołek zaczęła mnie uczyć jak się przytulać, rozczuliła mnie tym i odniosła sukces. Nie mam z tym już najmniejszego problemu, co więcej teraz gdy już nie spędzamy z sobą tyle czasu co kiedyś, bardzo brakuje mi tego, że bez żadnego powodu nagle się do mnie przytulała. To co kiedyś, zrobiłam z przytulaniem, teraz musiałam zrobić z słowem – kocham- musiałam nauczyć się używać go w odniesieniu do M.
Dziwnie brzmi? Jakoś mnie to nie dziwi 😛 trochę się bałam, że on się wycofa, że wszystko się skończy. Czułam również, że nie muszę tego mówić, tak samo jak nie wymagałam żeby On to powiedział. Przyszły wreszcie urodziny M. miał być mile spędzony wieczór zwłaszcza, że następnego dnia On wyjeżdżał i przez prawie miesiąc mieliśmy się nie widzieć. Tego dnia M. postanowił przegrać zakład, na swoich zasadach, po wszystkim stwierdził, że był już po prostu gotowy.przegrać zakład, Padły te wielkie słowa – KOCHAM CIĘ!
I wiecie co?Nic się w sumie nie zmieniło, nie poczułam się inaczej, nie było wzruszenia, ani specjalnej atmosfery. Siedziało wokół mnóstwo ludzi popijali kawę i herbatę, zupełnie tak jak my. Może coś ze mną nie tak, może powinnam inaczej zareagować, wzruszyć się lub coś takiego? Baa cała ta sytuacja rozbawiła nas, jedno z drugiego się śmiało, czy to znaczy, że tak naprawdę nie ta sytuacja rozbawiła nas, jedno z drugiego się śmiało, czy to znaczy, że tak naprawdę nie czujemy tego? Przepraszam, halo, tam na górze słychać mnie, można powtórzyć??
W sumie mógł równie dobrze powiedzieć- Napijesz się jeszcze herbaty? Liczyłam na jakieś fajerwerki w mojej głowie, no jakąś pewność, że to właśnie tak ma być i, że jest pięknie, cudownie i tak już zostanie. A tu taki psikus, nic z tych rzeczy. Pytanie, dlaczego?cudownie i tak już zostanie. Powiem Wam, bo tak naprawdę słyszałam to od Niego już nie raz. „Jedź ostrożnie”, „Daj znać jak tylko będziesz na miejscu”, „Nie poddawaj się, jestem przy Tobie” przecież te wszystkie zwroty znaczą to samo co słowo „kocham”. Dawał mi to odczuć w każdym słowie, geście czy spojrzeniu , a ja odwzajemniałam się tym samym. Bo miłość to nie są wielkie gesty i słowa, nie znajdziecie jej w działaniu na pokaz, żeby każdy mógł zobaczyć ile robisz dla tej drugiej osoby. Miłość, kryje się w codzienności, w tym jak na Twój widok komuś zaświecają się ze szczęścia oczy i błyszczą jak jeszcze nigdy. Prawdziwa miłość nie zawsze jest różowa, towarzyszą jej kłótnie i nieporozumienia, ale chodzi w tym wszystkim o to, żeby mimo swoich aspiracji, planów dostrzec drugą osobę, która stała się częścią twojego życia. Dlatego uczymy się iść na kompromis, jedno jak i drugie, bo miłość nigdy nie jest jednostronna , nie można tylko dawać lub tylko brać. Kocha się na wiele sposobów, kochają nas rodzice, przyjaciele, partnerzy, rodzeństwo i dzieci, (no i nasze super zwierzaki), pamiętajmy jednak, że jeśli mówisz kocham, to deklaracja, że będziesz walczyć o daną osobę ale również pozwolisz jej odejść jeśli właśnie to ją uszczęśliwi. O to właśnie w tym chodzi, o szczęście bliskiej nam osoby. Jeśli więc czekacie na księcia z bajki/cudowną księżniczkę, to niestety możecie się trochę rozczarować, życie to nie jest komedia romantyczna, nie będzie codziennie czerwonych róż i romantycznych wieczorów. Zamiast tego będą zwariowane pomysły, piękne gesty pełne troski, uśmiech na powitanie i te cudowne uczucie, że nawet gdy jest bardzo źle, to jest ktoś, kto śmiech na powitanie i te cudowne uczucie, że nawet gdy jest bardzo źle, to jest ktoś, kto zawsze będzie nieważne jak bardzo nieidealni jesteśmy.
Wolę więc taką formę miłości, prawdziwą i szczerą, niż cukrową wersję białego króliczka za którym się goni, a nigdy nie da się go złapać.
Kochajcie, szczerze i prawdziwie. Miłość to przecież jedyna rzecz, która się mnoży, jeśli się ją dzieli.

Dziewczyna z (prawie)tatuażem

Zmiany- jak bardzo są nam potrzebne, a może lepiej gdyby ich nie było? Zdarza się, że przychodzą w najmniej odpowiedni momencie, chociaż może i moment jest odpowiedni, tylko sama zmiana jest ciężka do zaakceptowania. Przecież było tak dobrze, życie nabrało kolorów, wszystko układało się tak jak powinno. Pewnie, że bywały gorsze dni, była jednak świadomość, że dostałaś szczególny prezent od losu – światełko, które rozprasza najgorszą ciemność – a jednak, to nie był prezent na zawsze, tylko coś w rodzaju zasmakowania czegoś cudownego, pięknego i kiedy jeszcze dobrze nie zakosztowałam tego, zabrano mi to…
Myśl, że przestanę być dwudziestokilkulatką przeraża mnie od dłuższego czasu, teraz kiedy zaledwie tydzień dzieli mnie od tej strasznej chwili, nie mogę sobie znaleźć miejsca.
Pewnie to głupie i z pewnością nic tak naprawdę się nie zmieni po tej dacie. Jednak nie mogę oprzeć się myśli, że nadchodzą zmiany i to takie których pewnie nie chcę. Może tu nie chodzi o zmianę na trójkę z przodu, tylko tego cichego, dołującego głosiku z tyłu głowy, że zbliżają się kolejne urodziny a ja znowu albo czegoś nie zrobiłam albo co gorsze nie dałam rady utrzymać tego stanu który sprawiał, że się uśmiechałam.
Mówi się, że należy walczyć o marzenia i o swoje szczęście. Co jednak, kiedy taki stan rzecz nie chce z nami zostać? Panta rei Kai ouden menei… nic nie zdarzy się dwa razy, wszystko w końcu się zmieni, czy tego chcemy czy nie. Oczekujemy zmian na lepsze, ma to być jednak takie „lepsze” jakiego my chcemy, okazuje się, że taka koncepcja nie zawsze pasuje losowi. On ma własną wizję naszego szczęścia.
Obrałam sobie kurs w swoim życiu, zebrałam załogę, ułożyłam w głowie priorytety. Wiedziałam kto i co jest dla mnie ważne. Wtedy pojawił się ten szczwany lis, potocznie nazywany losem, postanowił wszystko pozmieniać. Świat stanął na głowie, nie rozumiałam tego, przecież to co sobie wymyśliłam miało mieć większy sens. Dotychczas żyłam mottem zawartym w krótkim liście, który kiedyś dostałam. Stał się moim amuletem, noszę go zawsze przy sobie, jakby miał moc odgonić wszystko co złe. Gdy dopada mnie przygnębienie to go czytam, rozpamiętuję każde słowo. Myśl , że jest gdzieś osoba która zna mnie na wylot i wie o mnie wszystko, która podniesie mnie gdy upadnę, jest bardzo krzepiąca. I tu pojawia się moja zmiana, trzeba nauczyć się polegać przede wszystkim na sobie i umieć odnaleźć oparcie w samej sobie.
Z tymi zmianami tak już jest, przychodzą często nieproszone, jeszcze mają czelność twierdzić, że wyjdą nam na dobre. Pojawiają się znienacka, jak ciężki kamień spadający prosto na naszą głowę i zwalający nas z nóg. Trzeba nagle zacząć żyć inaczej, wszystko sobie poukładać i nauczyć nowej sytuacji.
Zmiany- jak bardzo są nam potrzebne, a może lepiej gdyby ich nie było? Zdarza się, że przychodzą w najmniej odpowiedni momencie, chociaż może i moment jest odpowiedni, tylko sama zmiana jest ciężka do zaakceptowania. Przecież było tak dobrze, życie nabrało kolorów, wszystko układało się tak jak powinno. Pewnie, że bywały gorsze dni, była jednak świadomość, że dostałaś szczególny prezent od losu – światełko, które rozprasza najgorszą ciemność – a jednak, to nie był prezent na zawsze, tylko coś w rodzaju zasmakowania czegoś cudownego, pięknego i kiedy jeszcze dobrze nie zakosztowałam tego, zabrano mi to…
Co jeśli to wszystko nas przerasta?
Nie lubię sytuacji gdy coś jest poza moją kontrolą, zwłaszcza jeśli to wywraca moje życie do góry nogami.
Zmiany, zmiany, zmiany… są wszędzie, atakują z każdej strony:

  • Wielkie zmiany w polityce!
    -Zmień się na wiosnę!
  • Zmiana pracy!
    -Zmień styl życia na lepszy/zdrowszy/aktywniejszy
    A jeśli ja nie chcę zmian, jeżeli tak jak „jest” spełnia moje oczekiwania, może właśnie tak jest mi dobrze? Może zmiana która zaszła kilka miesięcy temu nie odpowiada mi!!!
    Mogę stawać na rzęsach, nie ucieknę jednak od tego i albo stanę naprzeciwko temu wszystkiemu albo zwinę się w kłębek, schowam pod kocem i będę cicho szlochać nad swoim losem.
    Druga opcja nawet kusząca, jak jednak mogłabym spojrzeć w oczy moim przyjaciołom, rodzinie, jak sobie mogłabym spojrzeć w oczy, skoro uciekłam od problemu. Problemu?
    No tak problemu, bo często zmiany od tego się zaczynają. Mamy z czymś lub kimś problem i jesteśmy zmuszeni podjąć jakieś działanie, zmienić całą sytuację.
    Bywa, że to co nas spotyka, jest dla nas trudne, że wydaje się nam, że to już koniec świata, z tym już sobie nie poradzimy, to się nie zmieni.
    Wtedy wyciągam telefon, mam takie trzy numery pod które gdy zadzwonię nigdy nie usłyszę – sorry nie mam czasu, daj sobie z tym radę sama. Te osoby zawsze były ze mną w tych najgorszych ale i najlepszych chwilach. Na tym przecież polega przyjaźń, żeby być dla siebie zawsze, a nie tylko wtedy gdy jest dobrze i wygodnie.
    Wtedy to nie przyjaźń, to zwykła znajomość. Postanowiłam więc za radą jednej z tych osób, oswoić moje zmiany.
    Takim sposobem 30-te urodziny przeżyję po swojemu. Sama wyznaczę zmianę i nową drogę.
    Jak już wspomniałam, załogę już mam i to najlepszą, taką na całe życie.Tego nie pozwolę zmienić, nikomu i niczemu!!
    Tuż nad moim lewym nadgarstkiem już za tydzień będzie widniał kompas, który już nigdy nie pozwoli mi zgubić właściwej drogi.
    Taka to ze mnie dziewczyna z prawie tatuażem, wierząca w najcudowniejsze ziemskie anioły, dziewczyna w czasem różowych włosach, która ostatnio do szaleństwa zakochała się w lamach i alpakach. Która śpi z ogromnym różowym flamingiem z którym obiecała dzielić się z młodszą siostrą 😉
    Czasem może z za bardzo wybujałą wyobraźnią, przez co jest też straszną panikarą i często wyolbrzymia problemy.
    Dziewczyna która w końcu będzie miała trzydzieści lat wierzy, że to dopiero początek, że ze wszystkim jeszcze zdąży, przecież trzydziestka to nie koniec świata. Głęboki wdech i czuję jak wszystkie myśli układają się mi powoli w głowie. To kolejny krok w moim życiu i znajdę na niego siły, nawet jeśli będzie trzeba wygrzebać je spod ziemi.
    Zmiany, zmiany, zmiany – będę na was gotowa!!!